- Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
- Tytuł: Testament
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (tom 22)
- Rok wydania: 2011
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Waldemara Szatanka
LINK Recenzja Ewy Helleńskiej
LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Kiedy trzeba pilnie umrzeć
Powieść Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego „Testament” ukazała się pierwotnie jako gazetowiec, ma zatem wady tego typu produkcji, ale ma także piękne zalety stylu mistrza, gdzie intryga gna na złamanie karku, a co krok to przaśna fraza lub zjazd w kierunku groteski. A wszystko osnute jest wokół majątku, który zgromadził niejaki Bonder, a różni tacy pragną go pozyskać.
Edward Bonder wraca na stare lata ze Stanów do ojczyzny i tu udaje się do mecenasa Nartowskiego, by pilnie sporządzić testament. Rychło po tym wydarzeniu Bonder zostaje znaleziony martwy w mieszkaniu. Ktoś go otruł, a potem zastrzelił, względnie w odwrotnej kolejności. Bez znaczenia, ważne, że się powiodło. I teraz nieoceniony Downar musi znaleźć sprawcę i zaczyna od rozmowy z mecenasem Natorskim, gdyż traf chciał, że denat miał przy sobie wizytówkę prawnika, a Downar i Natorski znali się osobiście. Pierwszym śladem jest para okularów znaleziona przy denacie, a na pewno nie były jego. Czyżby należały do mordercy? Jeżeli tak, to musiał być strasznym partaczem. Natomiast spostrzeżenie, że nikt nie kładzie się z spać w dziennej koszuli i krawacie nie wydaje się pewnikiem. Sam niejednokrotnie (były takie czasy) kładłem się tak, jak stałem, w rynsztunku i zasypiałem od razu. Mieszkania Bonderowi użyczył niejaki Falczewski, który w trakcie przesłuchania bardzo się pocił, ale czyż nie jest tak, że niemal każdy by się pocił rozmawiając z przedstawicielem organów? Całe szczęście zaraz pojawiają się inni podejrzani – jego pierwsza żona oraz niejaka Weronika Lewicka, z którą Bonder wiązał romantyczną przyszłość, a okazało się iż niewiasta ta obdziela swoimi wdziękami także innych mężczyzn, co dziwnie nie przypadło do gustu starszemu panu, choć powinien on rozumieć, że coś za coś. Zapewne jednak błędnie rozumował, że im wyższy stan konta, tym moc uczucia większa. Downar od razu przejrzał panią Weronikę z ulicy Słowackiego na wylot: „To była rzeczywiście bardzo efektowa dziewczyna. Wysoka, świetnie o dużych ciemnych oczach, których spojrzenie łączyło w sobie naiwność dziecka z wyrachowaniem i bezwzględnością doświadczonej, bardzo sprytnej kobiety”. Można odnieść wrażenie, że Downar, w innych okolicznościach, sam by uległ. Całe szczęście umiał oddzielać sprawy prywatne od służbowych, przynajmniej w tej powieści, bo różnie mu się przecież zdarzało. Jeżeli natomiast nie jesteśmy pewni konduity pani Weroniki, to z odsieczą przychodzi podwładny Downara – porucznik Olszewski: „- Nic specjalnego. Inteligentna, włada paroma językami. Studiowała romanistykę, ale rzuciła. Przeniosła się na prawo, także nie skończyła. Obecnie, zupełnie prywatnie, pilotuje cudzoziemskich turystów. – Kurwa? – Coś w tym rodzaju”. Mamy zatem intrygującą definicję najstarszego zawodu świata. Wbrew pozorom akcja nie zwalnia, akcja przyspiesza. Kolejni podejrzani, kolejny trup. Bywamy w „Grandzie”, pod „Rotundą”, na Pradze, w słynnej herbaciarni „Gong” (niestety dawno nie istnieje), gdzie bywał także niejaki Edward Gabor z serialu „07 zgłoś się”. Warszawa stanowi zatem delikatne tło opowieści, w której miasto jest dużo szybsze, prawie jakby to było dziś, a nie w roku 1974, a zatem ponad pół wieku temu, kiedy to „Testament” zaistniał w prasie. I pospiech zresztą widać w całym utworze. Do tego stopnia, że Downarowi zdarzyło się mieszać wódkę z winem, kiedy to był z Walczakiem na chrzcinach. Na końcu jednak zgadza się na pewną mieszkankę, mianowicie gin z sokiem grapefruitowym i odrobiną lodu.
Mimo wspomnianych wad, jak zawsze Zeydlera-Zborowskiwgo czyta się niezmienną przyjemnością, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to przyjemność z zakresu kultury wysokiej, ale tym bardziej warto się jej oddać. Wspomnę tylko, że po raz pierwszy w formie książkowej „Testament ” ukazał się staraniem Klubu MOrd. Ja zaś jestem już piątym recenzentem tego tytułu, co tym bardziej świadczy o niesłabnącej popularności dziel twórcy majora Downara. I niech tak pozostanie.
