Zloty

I Zlot Klubu MO-rd – Klukowo 2003

Myśl o tym, żeby zorganizować wreszcie I Ogólnopolski Zlot MOrdu dręczyła mnie od dawna. Do podjęcia konkretnych działań zainspirował mnie Klubowicz Kornaś z Oddziału Krakowskiego oraz nasz webmaster Klubowicz Duński. Pierwszy wspominał o zlocie w jednej z wakacyjnych recenzji, po czym napisał artykuł poświęcony Jerzemu Edigeowi z okazji 20 rocznicy śmierci (zamieścimy przedruk na stronie). Wówczas pomyślałem by zorganizować zlot w rejonie Klukowa pod Małkinia, gdyż tam miał przyjść na świat autor „Wagonu pocztowego GM 35552”. Jak jeszcze się potem okazało, że Klubowicz Duński dysponuje działką w tym rejonie byłem już pewien. Klukowo. Oczywiście zależało mi na tym, by pojawił się ktoś spoza Warszawy i najbliższego jej obrębu. Tak więc obecność Klubowiczki Desperak z Oddziału Łódzkiego uratowała ogólnopolskość imprezy.
Wrześniowego piątku zapakowaliśmy się w dwa samochody i konwojem ruszyliśmy do Wólki Okąglik – około 12 km od Klukowa. Było nasz sześcioro. Poza już wymienionymi i piszącym te słowa Klubowicz Smosarski w adeptką Martą oraz Klubowicz Kociołek. Okolica okazała się przeurocza. Wiejska chałupa z pełnymi wygodami, sporym podwórkiem i fajnym drzewostanem, rzucona nieco w bok od wsi nadawała całej imprezie klimat urokliwej kameralności. Mieliśmy do dyspozycji wygodne pokoje, w tym salon telewizyjny, kuchnię oraz łazienkę. Nieopodal przebiegał nasyp nieczynnej linii kolejowej w kierunku Szepietowa. Sobota była pełnym zlotowym dniem. Oczywiście odbyliśmy pieszy spacer po Klukowie (jedynie kilkanaście chałup wzdłuż drogi), poznaliśmy także Małkinię. Na stole królowała sałatka Klubowiczki Desperak, przedni (jak oceniano) bigos mojej mamy, miejscowe piwo Luzak i trzylitrowy napój Lemonka w odcieniu delikatnej zielni elegancko współgrającej z otoczeniem. Część posiłków konsumowaliśmy na powietrzu. Wieczorem zaś uczta smakosza- absynt przygotowany przez gospodarza Duńskiego. Pogoda była idealna. Cały dzień wspaniałe słońce. Udało się nam przeczytać na głos (wszyscy czytali po kolei i to było piękne) cały „Stary Zegar” Piwowarczyka – podwalinę gatunku powieści milicyjnej. Napisana zawiesistym stylem wciągała atmosferą. Równolegle z lekturą tej krótkiej powieści czytaliśmy legendarny komiks na niej oparty. Rysował sam Szymon Kobyliński. Kserokopię komiksu przesłał Klubowicz Lorek z Tarnobrzega (wielkie dzięki). Sobota to także dzień przyjazdu Klubowiczki Fedyny z mężem Maćkiem i synem Bernardem oraz Magdy – osoby bliskiej sercu Klubowicza Duńskiego oraz klubowej sympatyczki. Wieczór oczywiście filmowy – „Strzał na dancingu”, „Ostatni kurs”, „Kryptonim nektar” (premierowo). W niedzielę, przy śniadaniu i po, wystąpienie Klubowiczki Desperak o kobiecie w powieści milicyjnej (obiecała przygotować w formie pisemnej) oraz intrygująca wypowiedź Klubowicza Duńskiego na temat twórczości Dominika Karo (m.in. „Kwaśne pomarańcze” oraz „Skorpion czeka na mordercę”).
Wprost nie chciało się wracać do domu. Weekend jednak kończył się nieubłaganie. Wszyscy uczestnicy otrzymali premierowe vlepki (mamy ich około 5 tys.) w trzech rodzajach oraz pamiątkowe koperty zlotowe z limitowanego nakładu. Resztę niech opowiedzą zdjęcia. Kilka pojawi się na naszej stronie, pozostałe roześlę zainteresowanym. Oczywiście to jedynie kilka moich subiektywnych wrażeń. Zapewne pozostali uczestnicy Zlotu zechcą podzielić się swoimi. Tymczasem już pojawiły się plany kolejnego zlotu.
Grzegorz Cielecki

II Ogólnopolski Zlot Klubowy – Klukowo 2004
Kino, Grill i Sztaba – relacja

II Zlot Mordu – Klukowo 2004 był wyjątkowo udany. Zachodziła wprawdzie obawa, że nie uda się osiągnąć efektu ogólnopolskości, ale całe szczęście pojawił się Klubowicz Kornaś z Oddziału Kraków.
Było nas dziesięcioro. Jak zwykle Klubowiczki i Klubowicze oraz Sympatycy przybywali i odjeżdżali w różnym czasie. Od piątku do niedzieli (25 – 27 czerwca) było czynne nasze kino pod chmurką („Strach”, „Fetysz”, „Lekarstwo na miłość”, „Kariera”) a grill niemal w ogóle nie wygasał. Wielu Klubowiczów przyzwyczaiło się już do gościnnego domku Klubowicza Duńskiego i po prostu czeka na każdy kolejny zlot.
Nie zabrakło kulinarnych specjałów – znakomitej karkówki, przedniej kapusty, miejscowych wędlin, uroczej sałatki, wyśmienitego pasztetu.
Wyprawa po piwo do sklepu nie była konieczna, gdyż przywieźliśmy spory zapas, ale nie ma to jak lokalny koloryt i wycieczka po „Łomżę”. Wieczorem oczywiście mocniejsze trunki – rakija i skombinowany przez Klubowicza Szwedowskiego bimberek.
Starałem się dobrze wyważyć akcenty między częścią biesiadną a merytoryczną. Literackim bohaterem zlotu był Zygmunt Sztaba i jego wczesne dzieła – „W ślepym zaułku” i „Podwójny trop”, publikowane w legendarnej gazecie „Co tydzień Powieść”. Zgodnie z tradycją przeczytaliśmy na głos.
Niewątpliwym hitem okazało się oczywiście kino. Pomysł gospodarza by ściągnąć aparaturę umożliwiającą oglądanie filmów na płóciennym, ponad metrowej szerokości ekranie, okazał się genialny. Zupełnie nowa jakość. Jak w kinie studyjnym. Oczywiście najważniejsza, jak zawsze, była wspaniała atmosfera. Tego nie da się oddać słowami. Już tęsknię za kolejnym zlotem.
Grzegorz Cielecki

Roboczy wyjazd klubowy – 8-10 października 2004
Znakomite filmy, przednie trunki, senne miasteczka, a więc roboczy wyjazd klubu MOrd

Roboczy wyjazd klubowy (8-10 października 2004) do Wólki Okraglik pod Małkinią czyli do domu letniego Klubowicza Duńskiego nie zapowiadał się na ogólnopolski. A jednak. W ostatniej chwili przyjechała z Łodzi Klubowiczka Desperak. Doliczając do tego gospodarza, Klubowicza Kociołka oraz mnie było nas czworo. Słowem żelazna kadra, która nigdy nie nawala.
Szczegółowego planu nie było. Postawiliśmy na klimaty biesiadne i wycieczki w plener. Oczywiście merytoryki też nie zabrakło. A więc po pierwsze premierowo pokazany w Klubie film „Kocie ślady” na podstawie powieści Macieja Patkowskigo „Strzały w schronisku”. Tu porucznika milicji grał Sam Janusz Gajos. Kompletnie zapomniana rola i sam film również. Na drugie danie był „Zbrodniarz który ukradł zbrodnię” na podstawie powieści Krzysztofa Kąkolewskiego pod tym samym tytułem. Tu daje aktorski popis Zygmunt Hubner w roli kapitana Siwego. Film prawie się nie zestarzał i cały czas można go oglądać z dużym zainteresowaniem. No i oczywiście deser, czyli spektakl „Wampir” ze znakomitym Tomaszem Dedkiem. Utwór luźno osnuty wokół sprawy Marchwickiego. Jak pamiętamy była kiedyś fabuła „Anna i Wampir”. Oglądaliśmy swego czasu na Klubie.
Przeczytaliśmy także na głos pierwszy rozdział z powieści Władysława Huzika „Ukradzione twarze”. Uczciliśmy w ten sposób symbolicznie niedawno zmarłego autora
W przerwach znakomite trunki (patrz zdjęcia), jesienne spacery, a w niedzielę wycieczka do Kosowa Lackiego (tak, tam gdzie znaleziono przez 40 laty słynny obraz El Greca – „Ekstaza św. Franciszka”, eksponowany od kilku dni w muzeum w Siedlcach. W drodze powrotnej obiad (m.in. żurek w chlebie) w zajeździe „Kamiza”. Słowem kolejny bardzo udany klubowy wypad.
Grzegorz Cielecki

Wigilia klubowa – 21 grudnia (piątek) 19.15 – Bar Syrenka

Drogie Klubowiczki/Szanowni Klubowicze/Mili Sympatycy,
Zapraszam na spotkanie wigilijne do Baru Syrenka (Tamka 13a) w najbliższy piątek o godzinie 19.15. Lokalik jest przaśny i skromny, ale pamiętny od czasu gdy w roku 1963 Jerzy Edigey opublikował w Kluczyku „Czek dla białego gangu’. Za chwilę będzie pół wieku. Jakiegoś śledzika i coś do popicia powinni mieć. Osobiście będę zdążał wprost z PZO (Dobra 56/66). Jeżeli ktoś ma życzenie uzupełnić braki w klubowych zasobach książkowych lub zajrzeć do regałów z kryminałami PRL, to jest okazja. Można po prostu między 18 a 19 pojawić się w PZO.

Wszystkich, którzy nie będą mogli przybyć pragnę uspokoić. Tuż po Świętach planuję kolejne spotkanie – powigilijno – przedsylwestrowe – tym razem w KDK Cafe na Oboźnej 11. Natomiast po Nowym Roku odbędzie się spotkanie noworoczne (tu proszę o propozycje co do terminu i miejsca, chętnie dopasuję się do sugestii oddolnych – mój mail: prezesik13@wp.pl, telefon 502-322-705).
Niniejszym pozdrawiam świątecznie
Grzegorz Cielecki, prezes MOrdu

Klubbing Ochocki – 29 maja 2011

Kilka słów o klubbingu ochockim, jak to wyglądało z mojej strony. Dobiłam gdzieś w połowie, kierowana przez Prezesa co i rusz lądowałam tam gdzie byli przed chwilą. Ostatni namiar naprowadził mnie do baru mlecznego „Biedronka”, który okazał się hitem żywieniowym. W gastronautach ma 3,2 gwiazdki, za jedzenie wychwalany, za wystrój gwiazdek ubywa. Obsługa była bardzo miła, bo pozwoliła naszej nowej klubowiczce Bezie rasy mops wejść do środka. Rumsztyk okazał się świeżuteńki i smaczny. Kontemplację poposiłkową przerwał nam zatkany odpływ ściekowy, smród wywalał za drzwi momentalnie.

Zaudaliśmy się w związku z tym na małe jasne i kawę vis a vis do kawiarni o imieniu „Fantazja”, bardzo mi się spodobała atmosfera i obsługa, aczkolwiek czekało się trochę na lody. Omawiane były sprawy rzecz jasna kryminalne. M.in film pt „Wielka majówka”, który darzę ogromnym sentymentem mimo wątpliwych walorów artystycznych. Gwoli ciekawostki napomknę tylko, że nawiązałam kontakt z reżyserem p. Krzysztofem Rogulskim. Po kawie, lodach i piwie poszliśmy na pl. Narutowicza skąd odjeżdżał zabytkowy tramwaj. Jazda nim była wielką frajdą. Wysiadłam na przystanku pl. Zamkowy, co robili dalej klubowicze nie wiem 😉

Drugi klubbing żoliborski, czyli Albert Wojt i nie tylko

Klubowe sprawy wydawnicze zamierzano omówić w dawnej kawiarni „Hawana” w Domu Handlowym „Merkury”. Lokal obecnie zwie się „Coyote Club”. O godzinie 13tej klub był jeszcze nieczynny, zawitaliśmy więc do sympatycznej, chorwackiej winiarni „Guccio Domagoj” przy ulicy Suzina. Z winiarni ruszyliśmy na żoliborski spacer. Zaczęliśmy od poszukiwań pewnego śmietnika na ulicy Tucholskiej. „…Dzisiaj, kilka minut po siódmej, ktoś znalazł trupa kobiety w śmietniku…” (Albert Wojt „Dzwonek z Napoleonem”).

Następnie przycupnęliśmy na skwerze za kinem „Wisła”, które „wystąpiło” w powieści Anny Kłodzińskiej „Królowa nocy”. Nie opuszczając Dziennikarskiego Żoliborza, skierowaliśmy się ku ulicy Dygasińskiego. Skręcili w Dziennikarską i po chwili dotarli do Dygasińskiego. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i znaleźli się przed willą Płateckiej.”, „…Stanęła w progu i nagle poczuła, że robi jej się słabo. Pośrodku pokoju, na wzorzystym, chińskim dywanie, leżała stara kobieta.” (Albert Wojt „Szafirowe koniczynki”). Przyszedł czas, by pożegnać urokliwy Dziennikarski Żoliborz i skierować się ku ulicy Gdańskiej. Pokryta ciemnoszarym tynkiem kamienica sprawiała dość ponure wrażenie.” (Albert Wojt „Przystanek przy Gwiaździstej”). Z ulicy Gdańskiej już tylko kilka kroków dzieliło nas od parku „Kaskada”, od XIX wieku popularnego miejsca wypoczynku. „…Chłopak wpadł do parku „Kaskada” i sadząc wielkimi susami pobiegł na przełaj przez zieleńce.” (Albert Wojt „Przystanek przy Gwiaździstej”). Z „Kaskady” wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli do „Hawany” przy Słowackiego (pardon, do „Coyote Clubu). Małe „co nieco”, piwko i przyszło zakończyć to nadzwyczaj udane spotkanie.

Ufam, że „następną razą” dotrzemy aż do przystanku przy Gwiaździstej.

Joanna Małecka

Kobra kobrze nierówna

Wieczór z Kobrą

Kobra Kobrze nierówna. Przekonali się o tym uczestnicy piątkowego spotkania u Ani Niklewskiej, podczas którego łyknęli aż dwie „Kobry” na raz. Na pierwsze danie poszła „Żona z orchideami” z 1974 roku w reżyserii Andrzeja Zakrzewskiego ze znakomitą, zdawałoby się, obsadą w postaci Barbary Wrzesińskiej, Józefa Duriasza i Andrzeja Kopiczyńskiego. Film okazał się jednak kompletną porażką i nie uratowali go nawet Pola Raksa i Roman Wilhelmi na drugim planie. Po prostu nic nie mogło wygrać z tak ciężkawą grą głównych bohaterów. Jeżeli komuś trudno jest sobie wyobrazić, że dobry aktor może grać źle, niech sobie tę Kobrę obejrzy. Inaczej nie uwierzy. Z widowni sączącej wino w trakcie projekcji (no, doprawdy, żadnego poszanowania dla sztuki) padł celny komentarz na temat dwóch i jedynie dwóch rodzajów min aktorki: pierwsza mina – zdziwniona, druga – przestraszona. Na tym kończyły się środki wyrazu Wrzesińskiej.
Jej partner (Duriasz) grał twarzą zdecydowanie lepiej, chodził jednak krokiem uwiązanego na sznurku robota. Urozmaiceniem tego sztywnego teatro – filmu było kilka kawałków Led Zeppelin wrzuconych jako podkład muzyczny dla trzech scen plenerowych, podczas których: jechano samochodem, wysiadano z samochodu i wsiadano do niego. Całość trwała godzinę i była o godzinę za długa.

Czytaj dalej…

Wigilia Klubowa 2010 – Restauracja Ujazdowska & Mołdawska

Jak na Prawdziwą Wigilię Klubową przystało – przybyło 12 osób. Amudena, Ania N, Ania L, Tadek z żoną, której cierpliwość do gazetowców nie ma granic, Leszek, Zbyszek, Adam, oczywiście Prezes z Basią, no i przede wszystkim gość honorowy – Marta Różańska, autorka pierwszej pracy magisterskiej o Klubie MO-rd. Pod koniec pojawił się tajemniczy Lucjan…

Czytaj dalej…

Mołdawska Recenzja z dnia 12 lipca 2010 roku, czyli Nie-winne Spotkanie Klubowe

Właśnie dzwonił prezes. Powiedział: napisz relacje z klubowego spotkania i możesz jechać na wakacje. Co robić? Służba nie drużba, Polska nie zagranica, słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Po tym nad wyraz marnym zaklęciu przejdę do rzeczy. Było bardzo gorąco. Snułem się od Ronda De Gaulle’a, a tuż przy Mołdawskiej Restauracji zaczepiła mnie atrakcyjna blondynka. To była Klubowiczka Monika (Wiadomo Która). Z gorąca nie poznałem. Po chwili zszedłem do piwnicznej salki lekko wychłodzonej, w której zgromadziło się około 10 klubowiczów obojga płci i być może kliku wyznań.

Było też radio w osobie redaktorki Eweliny Grygiel, która dowiedziała się o nas z pisma Aktivist. Koleżanka redaktorka przeprowadziła z wybrańcami krótkie wywiady po czym opuściła lokal, zapewne w poszukiwaniu kolejnych tematów na audycje. No a wtedy wszystko się zaczęło. Z dużym impetem zaczęto wychylać kolejne butelki czerwonego i białego wina mołdawskiego, dotychczas zaledwie sączonego prawdopodobnie z powodu lęku przed mediami…

Czytaj dalej…

Spotkanie klubowe 7/2010 – Podkowa Leśna

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, pierwsze w 2010 roku letnie Spotkanie Klubowe odbyło się w niedzielę 4 lipca. Punktualnie o 11.30 na stacji WKD Warszawa Śródmieście stawili się: Pani Helena z Klubowiczką Anią, oraz niżej podpisany Klubowicz Tadeusz. W chwilę później przybył Prezes i w takim kameralnym gronie wyruszyliśmy kolejką podmiejską do Podkowy Leśnej Zachodniej.

Pogoda dopisywała. Dzień był upalny, jak na lato przystało. Na miejscu, na stacji, oczekiwała nas Gospodyni spotkania – Klubowiczka Basia, z którą od razu wyruszyliśmy do domu Jarosława Iwaszkiewicza w Stawisku, aby zwiedzić utworzone tam muzeum. Oprowadzająca nas przewodniczka muzeum barwnie i ciekawie opowiadała o życiu pisarza i jego pracy. Z zainteresowaniem oglądaliśmy oryginalny wystrój wnętrz i zgromadzoną kolekcję.

Nie udało się niestety potwierdzić legendy jakoby Iwaszkiewicz był kiedyś współautorem powieści kryminalnej, która nie ukazała się drukiem (choć przewodniczka nie wykluczyła takiej możliwości). Zaspokoiwszy ciekawość, wyruszyliśmy następnie spacerkiem, niemiłosiernie atakowani przez komary (które po ulewnych deszczach pojawiły w nadmiernych ilościach), do domu Klubowiczki Basi na zapowiedzianego grilla. Na miejscu powitał nas bardzo groźnie wyglądający, ale jak się okazało łagodny jak baranek, rottweiler Max. Najpierw od każdego z przybyłych wyegzekwował czułe powitanie, domagając się przytulenia i głaskania, po czym „wpuścił” nas do ogrodu. Tam, w cieniu drzew, pod rozłożonym parasolem, rozsiedliśmy się przy stole, aby rozpocząć degustację wspaniałych potraw przygotowanych przez Basię. Na pierwszy ogień poszły schab i boczek oraz znakomity rosół (piszący to sprawozdanie teraz żałuje, że nie poprosił o dokładkę). Była także (do wyboru) zupa pomidorowa. A potem sałatka i potrawy z grilla (m. in. szaszłyki i kaszanka), które Basia przygotowywała wspólnie z towarzyszącym siostrzeńcem Jankiem. Do tego wszystkiego napoje: wody mineralne, soki, herbata, kawa i kolejne butelki win. A na deser pyszne ciastka z truskawkami…. Ale nie tylko oddawaliśmy się przyjemnościom podniebienia. Gawędziliśmy także na tematy klubowe. Padły propozycje kolejnych spotkań. Prezes opowiedział m.in. o najbliższych planach wydawniczych. Przedstawił także kolejną zagadkę, która dotyczy Tadeusza Kosteckiego – akurat miejsce naszego spotkania wiąże się z tym pisarzem, gdyż od 1950 roku tu właśnie zamieszkiwał. Otóż w końcu lat 50-tych w paru szkicach prasowych o pisarzu, pojawiła się informacja, iż według jego przedwojennej powieści westernowej „Żółtodziób”, w USA nakręcono film. Nie podano jednak żadnych szczegółów. Czy uda się to potwierdzić i ten film zidentyfikować? Zadanie z pewnością nie będzie proste…

O godzinie 18.00 wyruszyliśmy z drogę powrotną do Warszawy odprowadzeni na stację przez Klubowiczkę Basię. Był to bardzo mile spędzony dzień – dziękuję Basiu!

Klubowicz Tadeusz – Oddział Warszawa

Klubbing „Podkowa Leśna” – 30 maja 2009

Deszczowy dzień w Leśnej Podkowie

Sobotnie spotkanie klubowe w Leśnej Podkowie Prezes zaplanował bardzo starannie: spacer tropami bohaterów książek Barbary Gordon i Wilhelminy Skulskiej, obejrzenie domu Jarosława Iwaszkiewicza w Stawiskach, potem odszukanie domu przy ul. Lilpoppa, w którym kiedyś mieszkała Barbara Gordon (tu powstały nasze ulubione powieści), a następnie domu na ulicy Sosnowej, w którym mieszkała Irena Krzywicka. Niestety, Prezes zapomniał zamówić odpowiednią pogodę i sobotni poranek powitał nas deszczowymi chmurami, a gdy dojechaliśmy do Podkowy, deszcz lał w najlepsze.

Ale zacznijmy od początku: najpierw zbiórka na stacji WKD w Alejach Jerozolimskich. Stawiliśmy się dość licznie: Honorowa Klubowiczka Helena Sekuła, Ania Niklewska, Joanna (siostra Prezesa), Andrzej Smosarski, Prezes i pisząca te słowa Klubowiczka Lewandowska. W drodze dobił do nas Klubowicz Marek Malinowski (stacja Raków), a już na miejscu dawno nie widziana Monika Przygucka, trochę spóźniona i bardzo zmoknięta.

W pociągu Prezes, miłośnik nie tylko kryminałów, ale również wszystkich pojazdów, które poruszają się po szynach, odczytał nam kilka fragmentów z monografii WKD (dawniej EKD). Własnymi słowami opowiedział nam również kilka ciekawostek dotyczących trasy, którą właśnie pokonywaliśmy.

Ze Stacji Podkowa Leśna Zachodnia odebrała nas Klubowiczka Basia. Wraz z synem przyjechała po nas samochodem i mogliśmy wybierać: wygodna jazda albo spacer w deszczu. Większość z nas wybrała spacer i do domu Basi dotarliśmy solidnie przemoczeni, ale zadowoleni, bo taki majowy deszczyk w lesie ma nieodparty urok.

Kiedy znaleźliśmy się pod dachem, odbyliśmy naradę: czy ruszamy od razu na spacer po okolicy, czy też spożywamy lunch (właśnie minęło południe) i odkładamy zajęcia terenowe do chwili, kiedy przestanie padać. Zachodziła wprawdzie obawa, że będziemy tak siedzieć do poniedziałku (synoptycy dopiero na poniedziałek przewidywali poprawę pogody), ale postanowiliśmy zaryzykować i poczekać na przejaśnienie, omawiając oczywiście tematy, które nas tu sprowadziły.

Najpierw Prezes kontynuował temat kolejki WKD – przedstawił dodatkowe informacje, które Klubowicz Marek udokumentował zdjęciami. Następnie obejrzeliśmy film dokumentalny „Jaka była i nie była Irena Krzywicka” z 1993 roku, opowiadający o tej pisarce, tłumaczce, przyjaciółce „Skamandrytów” i bojowniczce o prawa kobiet.

W tym czasie Klubowiczka Basia przygotowywała posiłek. Czego tam nie było! Domowy rosołek z makaronem, wykwintne sałatki i przekąski, mięsko z grilla, szaszłyki, pełen asortyment napojów: od herbaty, kawy, soków, poprzez coca-colę, piwo, wino, aż po tzw. alkohole twarde. Obfitość i znakomita jakość pożywienia zachwyciła i zdumiała nas wszystkich – przygotowanie tego wszystkiego wymagało sporego nakładu sił i środków. W produkcji wszystkich tych przysmaków uczestniczyła rodzina Basi: Mama, siostra Ela, syn Grzegorz i siostrzeniec Janek. Pomagał również, a może przeszkadzał, Max, niezwykle piękny rottweiler, który najwyraźniej zapomniał, że jego rasa zalicza się do psów-morderców i demonstrował nam wszystkie objawy psiej radości i sympatii, domagając się pieszczot.

Kiedy zaspokoiliśmy apetyty i wznieśliśmy odpowiednią liczbę toastów, deszcz przestał padać, a zza chmur wyjrzało słońce. Natychmiast więc ruszyliśmy na spacer po prześlicznych zakątkach Leśnej Podkowy. Po drodze Prezes oczywiście odczytywał nam stosowne fragmenty z książek, które nas tu sprowadziły. Zdaje się, że jednak nie wszystkie, bo złośliwy deszczyk co jakiś czas dawał o sobie znać, zmuszając nas do skrócenia spaceru.

A tereny spacerowe z Leśnej Podkowie są wyjątkowo piękne – to prawdziwe miasto-las. Urokliwe domki, piękne wille, wspaniałe rezydencje – wszystko tonie w zieleni, świeżej i soczystej, bo spłukanej majowym deszczem. Podziwialiśmy piękno ogrodów, wdychaliśmy zapach sosnowego lasu, a chociaż architektura może nie zachwycała nas specjalnie, to jednak ogólne wrażenie odnieśliśmy bardzo pozytywne.

Kiedy mieliśmy już dość spaceru, wróciliśmy do domu Basi. Wtedy oczywiście przestało padać. Postanowiliśmy więc wykorzystać tę niespodziewaną lukę w deszczu i pobiesiadować trochę w ogrodzie. A jest gdzie – ogród jest całkiem spory, na trawniku pod starymi sosnami jest miejsce na rozłożenie stołu i rozstawienie grilla. Zasiedliśmy więc i w oczekiwaniu na upieczenie się znakomitej kaszanki i nie mniej smacznych kurzych udek, omówiliśmy jeszcze kilka spraw klubowych, a także – jak zwykle przy takich okazjach – poruszyliśmy mnóstwo tematów luźno związanych z Klubem, ale interesujących nas wszystkich.

Wieczorem, po pożegnaniu gościnnego domu, udaliśmy się w drogę powrotną do Warszawy. Pełni wrażeń – estetycznych i gastronomicznych, odrobinę wilgotni i zmęczeni – ale zadowoleni z przyjemnie spędzonego dnia.

A.L.


Relacja Klubowiczki Ani Niklewskiej

To byl klubbing stulecia, ten co nie był niech żałuje!
Na dworcu Środmieście spotkali się : Prezes, pani Helenka, Ania, Ja, klubowicz Smosarski i siostra Prezesa. Na stacji Rakowiec dosiadł się klubowicz Malinowski. Jadąc podziwialiśmy krajobrazy, które zbliżając się do Podkowy robiły się coraz zieleńsze. Niestety też coraz bardziej mokre, bo gdy dojechaliśmy z siapawki zrobiło się oberwanie chmury. Na stacji Podkowa Zachodnia przejeła nas nasza tymczasowa gospodyni Basia. Z powodu deszczu plany uległy przetasowaniu i poszliśmy w ulewie do jej domu, na miejscu okazało się, że mimo kurtek przeciwdeszczowych, parasoli i innych utensyli wszyscy są przemoczeni. Nasze przybycie spowodowało wybuch gościnnosci, który był starannie uprzednio przygotowany, aczkolwiek na poźniejszą godzinę. Na stół wyjeżdzaly coraz to pyszniejsze dania a syn Basi opalarką do drewna zapalał grila. Ta metoda jest godna opatentowania dla śpieszacych się. W goszczenie gości zaangażowana była cala rodzina, która krzątała się po kuchni przygotowując co i rusz coś nowego do jedzenia i picia. Szkoda, że nie można zapuszkować i sprzedawać atmosfery i gościnnosci z Basinego domu, byłby to hit eksportowy sezonu.
Po circa 2 godzinach przybyła gotująca się ze wściekłości klubowiczka Przygucka, która dzięki wskazówkom Prezesa idąc do domu Basi była w prostej drodze do dojścia do Milanówka, dzięki komórkom udało się ją zawrócić w połowie drogi. Za to była całkowicie przemoczona i na granicy zabicia Prezesa co by było ciekawostką w klubie Mordu.
W tzw. międzyczasie deszcz osłabł i poszliśmy na spacer po Podkowie, (zdjecia dostepne na fejsbuku), po powrocie zjedliśmy jeszcze pyszną kaszanke, która smakowała także Maksiowi psu-rezydentowi i poszliśmy na WKD-ke powrotną, która miała być nowym składem i była.
Wracajac zaliczyłam też impreze pt. Spacer przez XX wolnej Polski. Koń z Kazimierzem Kaczorem zaprzężony do małego fiata pchanego przez młodzieńców zatrzymywał się przy bramach z datami przy których K.K komentował ówczesne zdarzenia.