Parfiniewicz Jerzy – Skarb Geodety 258/2026

  • Autor: Parfiniewicz Jerzy
  • Tytuł: Skarb Geodety
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1977
  • Nakład: 120000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Remigiusza Kociołka
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

JA CIĘ SUNĘ

Od dawna uważałem, że Jerzy Parfiniewicz to trzecioligowy rutyniarz, który swoimi pięcioma kryminałami zaslił odmęty serii Labirynt i lektura „Skarbu geodety” (dawkuję sobie lekturę tego autora) nie zmieniła mojego zdania, choć przyznaję się tu do pewnego sentymentu do tego autora. Zapewne związane jest to z wątkami muranowskimi, które napotkałem w tytułach: „Śmierć nadjechała fiatem” oraz w „Zwracam panu twarz”. Całości moich wrażeń dopełniła prostota fabuły, co daje lekkość czytania.

We własnym mieszkaniu zostaje zamordowany niejaki Stasiński, szef kilkuosobowej grupy geodetów. Prowadzący śledztwo kapitan Osial szybko stwierdza, że wszyscy podwładni coś Stasińskiemu zawdzięczali i żaden z nich nie ma alibi na wieczór morderstwa. Cóż z tego, skoro żaden z nich nie ma poważnych powodów, by mordercą się okazać. Ani młodszy pomiarowy Karol Sokół, ani inżynier Kobus, ani starszy pomiarowy Stefan Panas, ani najmłodszy w ekipie Kazimierz Wiesiołek. Chociaż ten ostatni to nawet ma za sobą epizod więzienny za skorzystanie z pewnego samochodu bez wiedzy jego właściciela, a wszystko by zaimponować dziewczynie. W kręgu podejrzanych jest jeszcze konkubina denata, Anna Solińska, rodem z Makowa Mazowieckiego. Kobieta ta wcześniej wiązała się już z dwoma mężczyznami, ale obaj rychło umierali. Kapitan Osial przesłuchawszy wszystkich jest w punkcie wyjścia. W ręku na tylko okulary, które być może należały do sprawcy morderstwa, który uciekł przez taras z mieszkania Stańskiego na Międzyborskiej. Wszystko wskazuje to, ze trzeba szukać wśród znajomych ofiary, tylko należy poszerzyć krąg. I to szybko, gdyż pułkownik Wroński naciska na wyniki. Jest jeszcze wątek szpiegowski, gdyż grupa Stańskiego wykonywała niedawno pomiary terenu pod budowę lotniska. Ale ten temat, co widzimy od razu, został dorzucony na siłę, by książka mogła zostać przepchnięta do druku w MONowskiej serii Labirynt, gdzie temat szpiegowski był nieodzowny.

Kapitan Osial, główny bohater wszystkich dzieł Parfiniewicza, jest oficerem o dużym poziomie autorefleksji, ciągle rozmyśla, zastanawia się, oddaje monologowi wewnętrznemu. To cecha wyróżniająca tego milicjanta z setek innych. Mieszka sam przy ul. Puławskiej, nic nie wiemy o jego życiu osobistym, jest posiadaczem czerwonego fiata, był niedawno na jakimś filmie, nie wiemy jakim, za to w kinie „Moskwa” (budynek dawno wyburzono, i postawiono w tym miejscu kompleks handlowy, ale pamiętne jest zdjęcie transportera opancerzonego na tle kina „Moskwa”, a w tle reklamowe zdjęcie „Czasu apokalipsy”, który to właśnie film leciał na naszych ekranach w pamiętnych dniach 1981 roku). Wiemy za to, że kolega z pracy Stańskiego był krytycznego wieczora z dziewczyną w kinie „Śląsk” na „Rio Bravo”. Pamiętam, że jakieś 40 lat temu, no może ponad, sam chadzałem do „Śląska”, które przez pewien czas działało jako Iluzjon. Widziałem tam wiele kultowych westernów w kilku cyklach. Najbardziej jednak mam w pamięci zestaw filmów z Kim Novak ( „Piknik”, „Miłosne przygody Moll Flanders”, „”Ostatnie akordy”, „Wielki napad na bank”). Tę gwiazdę, chyba ostatnią już z żyjących ze złotej ery Hollywoodu, pamiętam do dziś

Rozmyślania kapitana zostają przerwane nagłym telefonem wspomnianego wyżej Kazimierza Wiesiołka, który pragnie przekazać ważną informację, ale zostaje w tym czasie śmiertelnie pchnięty nożem i nie zdąża.

W powieści mamy ciekawe kombinacje z chronologią – mord na Wiesiołku opisany został trzy razy – z perspektywy trzech osób. Jest także skok do roku 1939, kiedy to miał zostać znaleziony tytułowy skarb będący, jak głosi wieść gminna obecnie w posiadaniu Stańskiego. I tu może kryć się motyw morderstwa. Najciekawsze jest jednak to, że nikt tego skarbu nie widział i nie wiemy, co to za skarb. To przywodzi na myśl słynnego „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta, gdzie też trwała pogoń za tytułowym sokołem, który okazał się mirażem, ułudą, złudzeniem, czymś ciągle wymykającym się śmiałkom pragnącym zdobyczy. No tak, pięknie pomarzyć, a tymczasem nici śledztwa rzucają nas do zapadłego PGRu pod Zieloną Górą i kapitan Osial w pogoni za sprawcą angażuje dwudziestu milicjantów ze specjalnej grupy, kilka gazików i…śmigłowiec (sic!). Trzeba przyznać, że Parfiniewicz potrafi zaskoczyć i dobitnie ukazać, że niespożyte zasoby milicyjnych kadr dostępne są na pstryknięcie palca w każdym zakątku naszej przepastnej ojczyzny.

Jak zatem widzimy, w tej prostej opowiastce mamy sporo rozmaitej żonglerki narracyjno-fabularnej, ale raczej jest to wynik pisarskiego chaosu i braku opanowania struktury materiału, niż celowy zabieg autorski. Natomiast, znając i dużo słabsza Labirynty, niż to co prezentuje Parfiniewisz, przyjmuję to „Skarb geodety” z dobrodziejstwem inwentarza i oceniam książkę na pewno wyżej niż Klubowicz Rafał Dajbor, który zniesmaczony lekturą podarował mi egzemplarz. Na pewno jednak nie plasuję „Skarbu” tak wysoko jak Klubowicz Mariusz Młyński. Rozumiem zdanie Klubowicza Remigiusza Kociołka (ukończył technikum geodezyjne, wiec docenia walor środowiskowy). Nawiasem mówiąc odwiedziliśmy nie tak dawno Maków Mazowiecki, bardzo sympatyczne miasteczko. Myślę, że jestem bliski zdaniu Klubowicza Roberta Żebrowskiego. Na wakacyjny wieczór „Skarb geodety” będzie w sam raz, choć książka skarbem serii Labirynt na pewno nie jest.