- Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
- Tytuł: Za dużo kobiet
- Wydawnictwo: Kurier Polski, Wielki Sen
- Seria: gazetowiec, Seria z Warszawą (tom 9)
- Rok wydania: 1986, 2010
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Tomasza Kornasia
LINK Recenzja Piotra Kitrasiewicza
LINK Recenzja Adama Sykuły

Kazimierz Bednarski, pracownik spółdzielni krawieckiej, zostaje znaleziony martwy w Puszczy Kampinoskiej wśród gęstych krzaków paproci; lekarz stwierdza przebicie komory serca krawieckimi nożycami. Porucznik Kozera, młody oficer Wydziału Zabójstw oraz pomagający mu doświadczony i otrzaskany z najrozmaitszymi zbrodniami sierżant Wolniak szybko stwierdzają, że Bednarski, choć dużo nie zarabiał, to zawsze miał dużo pieniędzy; podczas przeszukania jego kawalerki zostaje znaleziona zręcznie skonstruowana skrytka w ścianie, a w niej wyroby ze złota oraz trzy tysiące dolarów.
Wkrótce na adres Bednarskiego przychodzi list polecony wysłany z Gdańska przez początkującą piosenkarkę Mariolę Nasielską, której zwłoki zostają wyłowione z morza w Jelitkowie; lekarz stwierdza jednak, że dziewczynę najpierw uderzono w głowę kamieniem, a później upozorowano utonięcie; milicjanci zaś uważają, że list jest fałszywy. Do śledztwa dołącza kapitan Rosicki z Sopotu, gdyż wiele wskazuje na to, że obie sprawy się ze sobą łączą.
Cztery lata po odejściu majora Downara na emeryturę Zygmunt Zeydler-Zborowski sam postanowił pójść jego śladem; niestety jego ostatnia książka nie jest godnym zwieńczeniem jego niemal czterdziestoletniej kariery. Mówiąc krótko jest to powieść bardzo słaba i chyba nie dziwi fakt, że na swoje książkowe wydanie czekała niemal ćwierć wieku – czyżby już po jej druku w „Kurierze Polskim” uznano, że należy ją skazać na zapomnienie? Objętościowo wygląda ta książeczka tak, jakby była skrojona do serii „Ewa wzywa 07” i można się tylko zastanawiać, jak było naprawdę – może jako „Ewę” ją odrzucono, a jako normalną książkę ze względu na swoją szczupłość jej nie wydano? Swoją drogą jest dość intrygujące, że najlepsze książki autora szybko doczekiwały się swoich wydań książkowych, natomiast niemal połowa jego twórczości przez długie lata istniała tylko w prasie. Tutaj akcja toczy się dla samego toczenia, nie ma tu naprawdę nic godnego uwagi, ani jakichś ciekawych dialogów, ani intrygujących postaci, ani jakiegoś tła akcji czy choćby wiarygodnej topografii; jest drętwo, byle jako i wszystko sprawia wrażenie pospolitego odrobienia pańszczyzny. A już wciśnięty tu chyba na siłę motyw szpiegowski jest tak rozkosznie nijaki, że wywołuje wręcz zażenowanie i uśmiech politowania – i bądźmy szczerzy, ZZZ był dobry w pospolitych historiach kryminalnych, ale kiedy zabierał się za pisanie o szpiegach, to wychodziła z tego jakaś karykatura. Ogólnie więc sądzę, że jest to opowiastka na którą naprawdę nie warto tracić czasu – chyba, że ktoś jest badaczem twórczości autora, a tych mam wrażenie, że kilku jest.
