- Autor: Daleszak Bogdan
- Tytuł: Śmierć podróżowała „stopem”
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1978
- Nakład: 100300
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Katarzyny Piwowarczyk-Atys

Irena Miodowska, przez męskich przyjaciół nazywana Księżniczką, właścicielka największego w Dusznikach zakładu fryzjerskiego, zostaje zamordowana we własnym domu; morderca zadał kobiecie kilka cięć brzytwą, na papierowej serwetce napisał słowo „Rudy”, a na ścianie wyrył słowo „Fregata”.
Sprawą zajmuje się ekipa dochodzeniowa z Wałbrzycha; głównie przesłuchiwani są uczestnicy imprezy imieninowej Księżniczki, która odbywała się dwa dni przed jej śmiercią. Pewną koncepcję podsuwa emerytowany dziennikarz Andrzej Bułan – twierdzi on, że hasło „Fregata” odnosi się do lokalu w Darłówku, gdzie jego kierownik, przezywany Rudym, pobił jednego z klientów i poszedł na sześć lat do więzienia, a Księżniczka go w sądzie mocno obciążała; milicjantów jednak najbardziej zastanawia niepokój Wolfganga Kuglera, siostrzeńca Bułana. Śledztwo toczy się niemrawo do momentu, gdy w wałbrzyskim Pewexie pewien mężczyzna płaci za towar podrobioną studolarówką; okazuje się, że afera jest bardzo poważna i dotyczy przecieku fałszywych banknotów z zagranicy, a ślady prowadzą do Dusznik. Sprawa naiwnie i dość prostacko podrabianych dolarów szybko się wyjaśnia; z kolei sprawa zamordowania Księżniczki rusza z miejsca, gdy u starego krakowskiego fałszerza pojawia się mężczyzna chcący lewymi banknotami zapłacić za fałszywy paszport do Austrii.
Bogdan Daleszak był wrocławskim dziennikarzem i reporterem, który na łamach „Głosu Robotniczego” pisał tzw. „kryminałki” czyli reportaże kryminalne; przez wielu nazywane one były „daleszałkami”. I mam wrażenie, że wszystkie trzy jego powieści wydane w Klubie Srebrnego Klucza to fabularne wersje takich właśnie kryminałków – wszystkim bliżej jest właśnie do reportażu. W tym przypadku mamy do czynienia z książką, która głównie koncentruje się na metodycznej i mrówczej pracy milicji; czasami jednak jest to przedstawione trochę zbyt drętwym, momentami wręcz urzędowym językiem. Obok rzetelności milicjantów widzimy też wielką, wprost rozpaczliwą naiwność przestępcy chcącego wprowadzić w obieg fałszywe dolary – przesłuchujący go oficer wręcz nie może zrozumieć, jak można było tak zbzikować. Wszystko napisane jest dość sprawnie, chociaż czasami treści brakuje potoczystości; zdarzają się jednak ciekawe określenia i dialogi: przesłuchiwany morderca staje się apatyczny i „przejawia aktywność bokserskiej gruszki”; przełożony mówi do milicjanta: „Może okazać się, że to ty miałeś rację, ale tak się składa, że nie ty, ale ja jestem naczelnikiem”; pojawia się też ciekawe słowo – „bulitowanie”; fani Steve’a McQueena domyślą się o co chodzi.
I jest jeszcze jedna ciekawa rzecz – autor pisząc o fałszywych dolarach zaznacza, że obszerny artykuł na ten temat pojawił się już w 1959 roku w „Przekroju”; nie dowiadujemy się kto go napisał, ale od czego jest internetowe archiwum? I dzięki niemu wiemy, że autorem artykułu „Co dziesiąty fałszywy” jest nie kto inny tylko Jerzy Edigey.
