Zeydler-Zborowski Zygmunt – Kardynalny błąd 528/2025

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Kardynalny błąd
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 92
  • Rok wydania: 1976
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Anny Lewandowskiej
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Doktor Andrzej Mierzwiński umawia się na wieczór na spotkanie z poznaną w Dolinie Kościeliskiej kochanką, Izabelą Łastowską; chwilę przed spotkaniem do chirurga przychodzi jednak Oskar Łastowski, zdradzany mąż poinformowany anonimem o romansie żony.

Mierzwiński jest zdecydowany rozmówić się z Łastowskim ale chce o tym poinformować Izabelę i pod pretekstem pójścia po papierosy szybko biegnie do kawiarni; po powrocie do mieszkania odkrywa jednak, że mężczyzna został śmiertelnie ugodzony w plecy chirurgicznym lancetem.

Prowadzący śledztwo major Downar nie wierzy w winę Mierzwińskiego, gdyż morderstwo popełniono nie jego lancetem; o wiele bardziej intryguje go informacja, że stryj Łastowskiego zapisał mu w spadku półtora miliona dolarów, które w wypadku jego śmierci w całości przeszłyby na żonę. Pojawiają się nowi podejrzani, a Downarowi pomaga major Karol Walczak; wkrótce obaj nabierają przekonania, że anonim stylistycznie wygląda tak, jakby był napisany przez kobietę…

… którą ZZZ od samego początku tej krótkiej historyjki pokazał w dość nieprzychylnym świetle i średnio oczytany czytelnik kryminałów nie powinien mieć żadnych kłopotów z jej wskazaniem. Jest to więc prosta i mało skomplikowana opowiastka, którą czyta się dość przyjemnie; autor wykorzystuje tu swoje sprawdzone patenty czyli malowniczo przedstawione postacie, lekkie dialogi, trochę niefrasobliwą intrygę i nienachalny humorek. Swoistym znakiem czasów jest tutaj niesprzedawane już lekarstwo Asprocol oraz bardzo przed laty popularny jarzębiak; mamy też ciekawe zdanie za które kiedyś można było trafić do paki – znajomy Mierzwińskiego widząc zacinający śnieg mówi: „Przyzwyczajamy się powoli do syberyjskiego klimatu”. Ten sam znajomy jest kolekcjonerem dowcipów politycznych – i kiedy Downar niespodziewanie do niego wpada mówiąc „Jestem z milicji. Mam do pana interes”, to on gwałtownie blednie, nogi odmawiają mu posłuszeństwa i zrozpaczony myśli: „Wpadłem. Ktoś mnie sypnął”. Ciekawe są spostrzeżenia matrymonialne – Walczak mówi do Downara: „Powinieneś się wreszcie ożenić”, a w odpowiedzi słyszy: „Tak źle mi życzysz? Dopiero wtedy skomplikowałbym sobie życie”; z kolei jegomość od dowcipów politycznych mówi: „Żeby tak sobie komplikować życie jakimiś idiotycznymi romansami. Nonsens. Nie lepiej to pójść na obiad…”

Ale moim prywatnym zyskiem wyniesionym z tej opowiastki jest pewne odkrycie – otóż Downar jadąc warszawą śledzi mercedesa, który zaraz za skocznią narciarską skręca w ulicę Obserwatorów na Mokotowie. Zastanawiając się, czy autorowi coś się nie pokiełbasiło wszedłem w czeluście internetu – i przyznam, że lekko mnie zamurowało, bo gdzie jak gdzie, ale w Warszawie jakoś sobie skoczni nawet nie wyobrażałem. Ale skoro mogły istnieć skocznie w Białymstoku, Lidzbarku Warmińskim czy Kielcach, a w samym Trójmieście zlokalizowałem pozostałości po trzech takich obiektach, to czemu nie w stolicy?