- Autor: Zarzycki Andrzej
- Tytuł: Dimanche – znaczy niedziela
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Ewa wzywa 07
- Zeszyt nr 54
- Rok wydania: 1973
- Nakład: 100000
- Recenzent: Grzegorz Cielecki

Zgubna blondynka w ciemnowiśniowym maxi z krempliny
„Dimanche znaczy niedziela” to debiut literacki tajemniczego Andrzeja Zarzyckiego, który wydał jeszcze potem dwa kryminały, po czym zamilkł na zawsze. Ten pierwszy tytuł został opublikowany jako 74 zeszyt serii „Ewa wzywa 07..”). Akcja rozgrywa się w środowisku waluciarzy, skupia głównie w Warszawie, a cała fabuła jest najbardziej zwarta ze wszystkich popełnionych przez autora.
Dziennikarz Roman Zagórski przybywa służbowo do Warszawy, zamieszkuje w Hotelu Grand (obecnie Hotel Mercure) na Kruczej i nagle znajduje w swojej podróżnej torbie pliki dolarów. Po tym fakcie szybko postanawia zaznajomić się z dziennikarzem atrakcyjna blondynka. Ten, wiedziony zawodowym przeczuciem, postanawia udać się czym prędzej na milicję, ale zamiast tego bezwiednie podąża w ślad za blondynką, co można zrozumieć. Nie dziwi jednak, że Zagórski zostaje potraktowany w bramie przy Hożej metalową rurką. Torba z dolarami znika, a dziennikarz trafia do szpitala. Sprawa trafia w ręce milicji. Przypadkiem podpułkownik Tadeusz Kaźmierczuk, nadzorujący sprawę masowego ściągania dolarów z rynku, jak również wprowadzania do obiegu fałszywych banknotów, okazuje się kumplem dziennikarza, jeszcze ze wspólnej służby w Wojskach Ochrony Pogranicza. Już się obawiamy, że fabuła utknie w wojennej przeszłości, ale całe szczęście okazuje się to tylko epizod i wracamy na warszawskie ulice, gdzie kapitan Jerzy Szarecki i porucznik Paweł Grad są na tropie niejakiego Bola oraz Czarnego Wojtusia. Śledczy krażą po stołecznych lokalach gastronomicznych – „Gong”, „Niespodzianka”, „Dorotka”, „Alhambra” (tu nawet było kiedyś spotkanie Klubu MOrd). Niestety żaden z nich już nie istnieje, ale za to nadal można wsiąść do autobusu linii „117” u zbiegu Nowego Światu i Alej. Trwa żmudne szukanie śladów, ustalanie powiązań i budowanie hipotez. Słowem mozolne krążenie po Warszawie, które wypełnia większość akcji tej „Ewy” i są to bardzo przyjemne spacery, ubarwiające fabułę, co pozostaje jednak nieco z tyle za intrygą, której niedostatki widać w wielu miejscach Na przykład wydaje się mało prawdopodobne, by ktoś robiący notatki na kartce leżącej na stole pozostawił wyraźny ślad tekstu na blacie, umożliwiający jego odczytanie. Takich dowolności i dziwactw jest oczywiście więcej, z zawiązaniem intrygi włącznie. Zwraca także uwagę pewien brak staranności językowej. Na przykład nie istnieje frazeologizm: „Życie nie ściele się po różach”. Powinno być „Życie nie jest usłane różami”. irytująca jest postać podpułkownika Kaźmierczuka , który wygłasza drętwe pogadanki o trudach pracy milicji i konieczności zapobiegania przestępczości. Zupełnie jakby był na spotkaniu z uczniami podstawówki. Rozumiemy oczywiście, że to niezbędny element perswazyjny utworu. Nie mniej wstawki te wyglądają, jakby były dopisane celowo, jako element wychowawczy. Całe szczęście można trafić na kilka zdań wprowadzających nastrój miły lekturze: „Kiedy otworzyłem drzwi, buchnęło mi w twarz gorące powietrze, przesycone zapachami jedzenia i wódki” albo „Gdy wolno przeciskałem się do bufetu, zauważyłem katem oka, że mój kelner mówi coś szybko do chudego faceta w okularach, jednego z tych trzeźwiejących, ustawiając przed nim ćwiartkę i zakąskę”. To chyba oczywiste, że jak ktoś trzeźwieje, należy mu szybko przybyć z odsieczą.
Te drobne obserwacje obyczajowe, scenki uliczne, spacery po warszawskich (a pewien trop wiedzie nawet do podwarszawskiego Milanówka) ulicach stanowią dziś o pewnej wartości „Dimanche”. Zresztą to francuskie słowo w tytule kojarzy mi się nieodparcie z piosenką Wojciecha Młynarskiego „Niedziela na Głównym”. Poda tam bowiem fraza” Dimanche na Orly”. Zresztą motyw lotniska jest istotny w kryminale Zarzyckiego, z tym że chodzi o nasze Okęcie. Obserwacje tu poczynione będą kluczem do rozstrzygnięcia intrygi. Przede wszystkim zaś należy zwrócić uwagę na torbę podróżną sabena. Niczego tu zresztą nie zdradzam, gdyż słowo „sabena” jest wybite na okładce, podobnie jak samolot (istniały kiedyś belgijskie linie lotnicze Sabena) i banknot dolarowy. Marian Stachurski, autor większości okładek w całej serii miał stałą koncepcję ich projektowania. Wybierał kilka przedmiotów istotnych dla treści i robił z nich collage. Czasem wychodziło to bardzo fajnie, a czasem w obrazku za dużo przenikało informacji z fabuły. Tu jest ok. Z pewnym takim nadmiernym sentymentem, ale przeczytać można.
