- Autor: Banaś Sylwester
- Tytuł: Nad czarną wodą płócienny nasz dom
- Wydawnictwo: Wydawnictwo Łódzkie – Kielce
- Rok wydania: 1987
- Nakład: 100000
- Recenzent: Robert Żebrowski

Jak to druh Tadzik Pieczonoga z towarzyszem generałem Mietkiem zalew planowali
Sylwester Banaś (1921-1994) był autorem kilkunastu pozycji, spośród których zrecenzowanych mamy tylko jedną, a mianowicie „Ostatni z posterunku”. „Nad czarną wodą …” liczy 267 stron, a cena okładkowa to 250 zł. Autor ukończył powieść w Kielcach, w grudniu 1964 roku.
Akcja toczy się przede wszystkim w Sielpi Wielkiej (obecnie gmina Końskie, powiat konecki, województwo świętokrzyskie) nad rzeką Czarną Konecką, na początku lat 60. W czerwcu 1962 roku otwarcia tamtejszego Zalewu – Jezioro Sielpińskie dokonał ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych, a wcześniej m.in. agent Razwiedupru, dowódca w Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, kierownik Grupy Operacyjnej MBP, szef WUBP w Łodzi, generał Mieczysław Moczar ps. Mietek, o którym w książce jest mowa.
W czasie wakacji harcerze z koneckiego hufca wyruszyli do Sielpi, by tam wziąć udział w odbudowie staszicowskiego zbiornika wodnego. Wśród nich był zastęp Krabów o specjalności żeglarskiej, który swoje namioty rozbił w Wodnej Stanicy Harcerskiej. Kraby miały uczyć się sterowania kuterkiem „Mewą” pod okiem starszego strzelca Muchy oddelegowanego tu z nadbałtyckiego oddziału WOP. Wcześniej kuter nosił nazwę „Ingrid” i służył szwedzkiemu przemytnikowi. Z książki dowiadujemy się jak doszło do zmiany nazwy tej jednostki.
Otóż dwa lata wcześniej jednostka WOP pomagająca budować zalew zaprosiła do siebie nad morze zastęp Tropicieli. Obóz rozbito niedaleko stanicy. Któregoś dnia druh Tadzik Pieczonoga, łowiący w rzeczce przy ujściu do morza węgorze, zauważył zbliżający się do brzegu kuter o nazwie „Ingrid”. Na widok chłopca sternik zawrócił na pełne morze. Druha mocno zastanowiła ta sytuacja. Dalej, aż do wieczora łowił ryby. Wówczas to po raz drugi zobaczył kręcąca się niedaleko brzegu „Ingrid”. Następnego dnia, przed wieczorem, znów wybrał się na połów w to samo miejsce. Zaobserwował wówczas trzech rybaków, z których jeden miał wybitnie kałmuckie rysy twarzy, którzy przy użyciu drąga bezowocnie szukali czegoś w wodzie. Następnego wieczora na ognisko do harcerzy przybył kapitan WOP, który opowiadał m.in. o przemytnikach. „Z Polski przemycają spirytus, grzyby suszone, srebro, a nawet gęsi puch, złote dolary i złote carskie ruble, a przywożą żyletki, gumę do żucia, pończochy nylonowe, swetry, zegarki, wieczne pióra i długopisy podrobione pod sławne firmy”. Podał harcerzom przykłady ciekawszych akcji. Po tej prelekcji Tadek powiązał tajemniczy kuter i poszukujących rybaków, wyciągając z tego wniosek, że musi to być szajka przemytników. Wspólnie z druhem zastępowym obmyśli akcję kryptonim „Węgorz”. Okazało się, że sprawa była bardzo poważna. Kolejne przygody harcerzy opisane w powieści są już poza kryminalne.
Książka ta jest dość sympatyczna, choć nie pozbawiona poprawności politycznej. Najbardziej w tym względzie rzuca się długi opis wydarzeń z dnia 1 Maja [pisane z wielkiej litery!] 1931 roku w Końskich, gdzie doszło do krwawych starć policji z komunistami – pracownikami koneckich odlewni żeliwa. Ma ona też jednak ponadto obiektywnie dobre walory edukacyjne.
Ostatnie śniadanie harcerzy w stanicy: „Medalion na grzankach, frytki, barszczyk czerwony z pasztecikami. Paszteciki były faszerowane pieczarkami, naleśniki z takim samym nadzieniem, bułeczki z jagodami, kompot wiśniowy”.
PRL-ogizmy: bar „Jagódka” w Czarnej Górze [raczej Czarnieckiej Górze, gmina Stąporków w powiecie koneckim], wino „Perła Podhala”, pasta do butów Erdal [„Luksusowa Extra Kolor Pasta do obuwia koloryzująca Czarna”, na przedwojennych pudełkach był napis: „Z żabą czerwona s past wszystkich korona”], czarna ministerialna Wołga.
