Wojt Albert – Szafirowe koniczynki 50/2026

  • Autor: Wojt Albert
  • Tytuł: Szafirowe koniczynki
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1988
  • Nakład: 160000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego
LINK Recenzja Marzenny Pustułki
LINK Recenzja Tomasza Kornasia

Polo Szpryca, Szkielet i troje sztywnych

Chyba się starzeję – pomyślałem, sięgając po kolejną książę Alberta Wojta. Jak raz były to „Szafirowe koniczynki” czyli ostatnie dzieło autora, wydane w Labirybcie, w roku 1988. Ach, czy naprawdę muszę przeciskać się przez gąszcz kilkudziesięciu postaci, aurę pospolitych przestępstw i nadliczbowe puste wątki?

Przecież utonę w stosie adresów, dziesiątkach przesłuchań i penetracji kolejnych klatek schodowych oraz praskich, żoliborskich i bielańskich melin przez porucznika Mazurka, chorążego Pozorskiego, a nawet kapitana Stefańskiego. No, ale przecież mam klubowe obowiązki, z których nie mogę się wywinąć. Poza tym porucznik Mazurek to postać może warta refleksji. Przecież to chyba najbardziej oddany służbie i niemal niezniszczalny milicyjny pies gończy. Jak nikt zna warszawski półświatek, był już chyba w każdej możliwej melinie, a przesłuchiwani prują się przy nim jak koronka i wyznają wszystko, a nawet więcej, niż na spowiedzi. Może…
Przekonałem sam siebie, otworzyłem butelkę portera, zapadłem w fotel typu uszak w mojej kameralnej sypialni, włączyłem lampkę na taborecie, która rzucała snop świata lekko wykraczający poza obręb „labiryntowego” egzemplarza i zatopiłem się w lekturze.
Zaczyna się od morderstwa starszej pani w willi na ulicy Dygasińskiego. Tradycyjnie, czyli tępym narzędziem w tył głowy. Zniknęła między innymi biżuteria, w tym tytułowe szafirowe koniczynki, czyli po prostu kolczyki. Co ciekawe, twarz kobiety na okładce autorstwa Jerzego Rozwadowskiego pojawia się też na stronie tytułowej, z tym że bez paska na oczach, sugerującego przestępczą działalność tejże damy. Porucznika Mazurka spotykamy jak pochyla się nad denatką. Zaraz ruszy penetrować przestępcze środowiska i już do końca książki nie odpuści. Tym bardziej, że niebawem pojawi się trup dziewczyny w Dziekanowie, a następnie kolejny trup jednego z braci Leszczyniaków, z których jeden był szemranym adwokatem a drugi producentem zabawek. Sprawa się rozrasta i niezbędne okazuje się włączenie kapitana Stefańskiego, bo milicja nie ma już kim robić i trzeba tego oficera wyrwać ze snu. Tu przypomina się scenka z porucznikiem Borewiczem z „07 zgłoś się”. Borewicz dzwoni do kogoś i słyszy: – Panie poruczniku, jest trzecia w nocy. – U mnie też – ripostuje porucznik. Stefański Stefańskim, ale co powiemy o Mazurku, który (jak wiemy, na przykład z „Dzwonka z Napoleonem – swoją drogą Wojt nie ma smykałki do tytułów, które wydają się przypadkowe)) ma żonę – lekarza w Szpitalu Bielńskim i w zasadzie jej nie widuje. „W „Koniczynkach” mamy o niej tylko jedno zdanie, z którego wynika że jest na dyżurze, to i porucznik nie ma po co wstępować do domu. Pierwsze morderstwo pasowane jest najpierw niejakiemu Franciszkowi Drzewieckiemu, któremu zlecono włamanie. Ten jednak stanowczo odżegnuje się od mokrej roboty: „Kiedy wlazłem przez okno do saloniku ona już była sztywna”. Mazurek w końcu zdaje sobie sprawę, że Drzewieckiego ktoś wrabia i sprawcy trzeba szukać gdzie indziej. W ten sposób poznajemy między innymi: Witolda Gostyńskie, Dankę Ładyńską, Finecką, Leszka Rokickiego, Jerzego Mareckiego, Bogojską, Pola Szprycę, Matuszewską, Szkieleta, Klusika i tu zakończę wyliczankę. Nieskończony korowód postaci, jak to zwykle u Wojta, a także zbędność fabularna wielu z nich, to stałe cechy Wojta i musimy je przełknąć, by móc skupić się na wyzierającym tu i ówdzie, lokalnym kolorycie. Z wątkiem kradzieży kosztowności przeplatają się sprawy narkotykowe. Porucznik Mazurek jest zmuszany do takiego na przykład obrazka z imprezy: „Pośrodku, między siedzącymi, wiła się konwulsyjnie, niekoniecznie w takt wrzaskliwej melodii, naga dziewczyna o dokładnie wygolonej głowie i wielki czerwonym sercu wytatuowanym na lewym pośladku”. Nic dziwnego, że milicjanci wcześniej szli na emeryturę.
Musi także przeprowadzać następujące rozmowy: „-Co to za jedna? – Klawa szprycha. – Bieliński obleśnie oblizał wargi. – Chłopy lecą na nią, że hej! – Znacie jej adres?” No właśnie, powieści Wojta są silnie rozpracowane adresowo. Można by dość dokładnie rozrysować siatkę miejsc odwiedzanych przez śledczych.
Tak więc, przy pewnym wysiłku i samozaparciu można z Wojta coś wycisnąć. Natomiast na pewno nie jest to lektura dla każdego. Wymaga cierpliwości i samozaparcia. Ale może właśnie Albert Wojt bliżej ukazywał robotę śledczą niż, Edigey czy Zeylder-Zborowski. Był wszak prokuratorem. Można odnieść wrażenie, że ten natłok wydarzeń i postaci w jego powieściach to nieco uproszczony i sfabularyzowany wynik lektury akt sądowych. A te muszą być raczej męczące. Z „Szafirowymi koniczynkami” męczyli się już: Klubowiczka Marzena Pustułka (w międzyczasie gotowała grochówkę), Klubowicz Tomasz Kornaś i Klubowicz Mariusz Młyński. Dołączam do tej zacnej ekipy i daje mi to wielką satysfakcję.