Francis Cilfford – Żegnaj Grosvenor Square 51/2026

  • Autor: Francis Clifford
  • Tytuł: Żegnaj Grosvenor Square (The Grosvenor Square Goodbye)
  • Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
  • Rok wydania: 1987 (wyd. III)
  • Nakład: 50350
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Polowanie na Placu Myśliwskim, czyli kogo pan śledził, panie Knollenberg?

To kolejna książka brytyjskiego pisarza Francisa Clifforda (1917-1975), którą recenzuję. Wydana została na rok przed śmiercią jej autora, a w Polce rok po. W USA ukazała się pod tytułem: „Good-bye and Amen”. Grosvenor – nomen omen – tłumaczy się jako Wielki Myśliwy, a Grosvenor Square jest dużym placem z ogrodem miejskim położonym w Mayfair, zamożnej dzielnicy londyńskiego Westminsteru. Tak też potocznie nazywano ambasadę USA w Londynie, która kiedyś miała tam swoją siedzibę, najpierw pod numerem 1, a od roku 1960 pod numerem 24. Z uwagi na nagromadzenie tam Amerykanów w czasie II WŚ plac nazywano Małą Ameryką.

Recenzowana pozycja liczy 197 stron, a jej cena okładkowa to 280 zł. Jest to wydanie trzecie – okładka druga od prawej w górnym rzędzie. Najbardziej pasująca do fabuły jest środkowa okładka w dolnym rzędzie. Natomiast mnie najbardziej spodobała się okładka pierwsza z prawej w górnym rzędzie przedstawiająca charakterystyczne brytyjskie czerwone budki telefoniczne (model K2 i K6), a obok nich – jak się domyślam – typowego angielskiego detektywa, ubranego w trencz i fedorę, doświadczonego życiowo i zawodowo, uzależnionego od papierosów i alkoholu, na dodatek rozwiedzionego, dawno nie widzącego swojej dorastającej córki, niedawno zaś obdarowanego wezwaniem do sądu, w sprawie, w której oskarżony był o przekroczenie uprawnień, spłukanego, zalegającego z opłatą za czynsz i rachunki, no i lekko schorowanego oraz całkowicie zblazowanego.

Akcja toczy się w Londynie, gdzieś na przełomie lat 60. i 70.

Renata Lander pokłóciła się ze swoim mężem Harrym jak nigdy wcześniej, Ten wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami. Po jakimś czasie wrócił do domu, ale tylko na chwilę. Zabrał coś i wyszedł. Następnego dnia Renata stwierdziła, że zniknął futerał ze sztucerem. Harry, który był pracownikiem biura attaché wojskowego ambasady amerykańskiej, do domu nie powrócił.

Aktor Richard Ireland, wraz z kochanką Gabrielą Wilding, wynajęli na jedną noc pokój na piątym piętrze w hotelu Shelley. Kierownikiem hotelu był Roberto Olivares, a w kierowaniu pomagała mu żona Helena.

Radca ambasady USA John Dannahay, który kiedyś pracował w FBI, wysłał swojego podwładnego – Charlesa Knollenberga, by pstryknął kilka fotek pewnym dwóm spotykającym się ze sobą osobom .

Amerykański ambasador Ralph Mulholland dopiero w nocy wrócił do swojego mieszkania, tłumacząc się żonie, że miał ważne spotkanie.

Bezdomny Eddie Raven, po tym jak otrzeźwiał po wypiciu wyżebranych od restauratora dwóch butelek czerwonego marokańskiego wina, wstał z legowiska jeszcze przed świtem i ruszył na Grosvenor Square. Tam – koło pomnika Roosevelta – dosięgła go kula, która zakończyła jego żywot. Na zwłoki natrafił Ben Halifax, który rozwoził wózkiem elektrycznym mleko. Mleczarza od śmierci uratowało to, że jego wózek stał pomiędzy nim a hotelem, z którego padły w jego kierunku dwa strzały. Strzelec miał swoje stanowisko na schodach pożarowych. Z uwagi na wystrzały, zarówno w hotelu, jak też budynkach Marynarki Wojennej oraz ambasady USA, zapanowało zamieszanie. Trzecią ofiarą, o mało co nie został wracający do domu nocny portier z hotelu – Jim Usher, którego ostrzegł przed snajperem ukrywający się mleczarz.

Na miejscu pojawiła się policja. Byli to Peter Yorke i Tim Dysart, pełniący służbę radiowozem pod kryptonimem Orzeł 1. Niedługo potem dołączył do nich nadintendent McConell z Nowego Scotland Yardu, który przybył wraz z sierżantem dochodzeniowym i konstablem. Tymczasem do pokoju kochanków wdarł się rosły, barczysty mężczyzna ze sztucerem. W związku ze strzelaniną policja postanowiła przeszukać hotel. W trakcie tej czynności Yorke został trafiony przez snajpera. Wówczas to do hotelu przybyła specjalna grupa operacyjna. Jej dowódcą był inspektor Bunny Savage, a składała się z dwóch sierżantów i czterdziestu policjantów. Wreszcie pojawił się też sam komendant Trethowan.

Jeśli myślicie, że już wszystko wiadomo, to podpowiem Wam, że w połowie książki autor zrobił zwrot akcji o 180 stopni, podobnie uczynił pod sam koniec. Czy jednak 180 + 180 = 360 stopni, czy może tylko 0? Fabuła tej książki zachwyca. Z początku wielowątkowa, jednak z czasem umiejętnie i płynnie łączy je, przy czym jeden z nich dopiero na samym końcu. Na początku nie ma w niej nic odkrywczego, wszystko wydaje się jasne i można się domyślić zakończenia. Ale tak się tylko wydaje. Na pewno wszystko byłoby znacznie prostsze i przewidywalne, gdyby brytyjscy policjanci trzymali się własnych procedur, a że ze swoimi pomysłami włączyli się amerykańscy dyplomaci, to się zrobiło tak, jak wyszło. Oczywiście, tak jak to u Clifforda, mamy tu trochę rozmyślań psychologiczno-filozoficzno-moralnych, ale akurat w tej powieści są one skrótowe i mało zauważalne.

Samochody – brytyjski Aston Martin, amerykański Ford Mustang [wszedł na rynek w roku 1964] i Cadillac, szwedzkie Volvo 144 (produkowane w latach 1966-1974), samolot BAC 111 [prawidłowo 1-11, użytkowany od roku 1965], szwedzki aparat fotograficzny „Hassebald”.