Siewierski Jerzy – Pięć razy morderstwo 64/2026

  • Autor: Siewierski Jerzy
  • Tytuł: Sprowadź mi męża, Barlow w Pięć razy morderstwo
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1976
  • Nakład: 100275
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Anny Lewandowskiej
LINK Recenzja Iwony Mejzy
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Adama Sykuły
LINK Recenzja Mikołaja Kwaśniewskiego

Leżysz jak ta lala, czyli krnąbrny mężulek, zdzira i naszyjnik

W mikropowieści „Sprowadź mi męża, Barlow” Jerzy Siewierski mierzy się z legendą czarnego kryminału, Raymondem Chandlerem i usiłuje sprawdzić, czy jest w stanie napisać utwór utrzymany w stylu mistrza. Wynik jest całkiem niezły. Intryga poprowadzona poprawnie, kilka obowiązkowo ironicznych dialogów udało się upichcić. Tylko zabrakło egzystencjalnego klimatu. W skali dawnej szkolnej dałbym czwórkę. Kto inny może byłby mniej łaskawy, ale ja mam słabość do czarnego kryminału jako gatunku, więc proszę wybaczyć.

Detektyw nazywa się Peter Barlow i oczywiście jest to aluzja do chandlerowskiego Marlowa. Peter otrzymuje zlecenie od starej lampucery, co to jej śmiech przypomina „zapuszczanie silnika w zdezelowanym samochodzie”. Ma odnaleźć jedną zdzirę i odebrać naszyjnik, który został zawłaszczony przez niefrasobliwego małżonka chlebodawczyni. Przydałby się również, by małżonek wrócił do prawowitej właścicielki. Barlow postanawia zasięgnąć języka u kumpla dziennikarzyny, który wyrzucony swego czasu z jakiegoś szmatławca za nadmiar etyki zawodowej (chyba gość pomylił branże), spędza życie w barach. Zawsze jest potrzebnicki (tu i wygląda dziaćków. Warto by nieco ów slang podciągnąć. Raczej, jeżeli już, to używa się określenia „potrzebowski”, natomiast zamiast „infantylnych „dziaćków” mógłby być na przykład „szmal”. No ale zostawmy to i przejdźmy do atutów. Oto Barlow, jak już dotarł do rzeczonej zdziry, straszy ją procesem i wymyśla tytuły, jakimi prasa ją będzie miażdżyć. Jeden z nich mógłby brzmieć: „Zdejmowała majtki, ale nakłada perły”. Długo jednak Barlov tak nie daje rady brylować, bo nagle ktoś go znieczula, a jak się budzi, to zdzira leży martwa, a w użyciu był pistolet Barlowa. Żeby ratować skórę Barlow wdaje się w dyskurs ze znajomym gliną, który zresztą ma Barlowa udupić: „Przecież chyba nie wierzysz, że załatwiłem tę małą… – To nie jest kwestia wiary, Peter. Ja w ogóle jestem niewierzący i nawet nie wiem, co to znaczy wierzyć. To nie mój resort. Tym niech się zajmują pastorzy i księża. Mnie interesują tylko fakty”. Przyznam, że ładnie napisane i przypuszczam, że Chandler nie wyrzuciłby tej gadki z akapitu. Również kilka porównań się Siewierskiemu udało, weźmy takie: „Uniósł się lekko ze swego posłania i popatrzył na mnie. Miał spojrzenie martwe i głębokie jak sztolnia kopalni”. Gorzej na odcinku opisów. Miejscami zalatuje „Zaproszeniem do podróży” (taka „Ewa” o hipisach – przyp. mój).Albo takie z lekka poetyckie spojrzenie na miasto: „Niebo nad Los Angeles jest bezgwiezdne, otulone opończą spalin i rozświetlone odblaskami kolorowych neonów”. Bohater działa sprawnie, popija a to whisky, a to burbona i prze do przodu, natomiast brak nieco pogłębienia, autorefleksji, namysłu chwilowego nad padołem łez, którego wszyscy uczestnikami jesteśmy. Ogólnie jednak, przyznaję, że czytałem z przyjemnością i chętnie zobaczyłbym to dzieło w większej liczbie stron, ale wiem, że chodziło raczej o pastisz autorowi i próbę wskoczenia w inne ramy gatunkowe, niż te, w których tkwił na co dzień. Raz musiałem też zajrzeć do słownika, żeby sprawdzić jak wygląda manzanita, czyli małe drzewo lub krzew z rodziny wrzosowatych, które można spotkać przede wszystkim w Kaliforni. Wszak uczymy się każdego dnia, a przynajmniej staramy.