- Autor: Siewierski Jerzy
- Tytuł: Sprowadź mi męża, Barlow w Pięć razy morderstwo
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1976
- Nakład: 100275
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Anny Lewandowskiej
LINK Recenzja Iwony Mejzy
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Adama Sykuły

Leżysz jak ta lala, czyli krnąbrny mężulek, zdzira i naszyjnik
W mikropowieści „Sprowadź mi męża, Barlow” Jerzy Siewierski mierzy się z legendą czarnego kryminału, Raymondem Chandlerem i usiłuje sprawdzić, czy jest w stanie napisać utwór utrzymany w stylu mistrza. Wynik jest całkiem niezły. Intryga poprowadzona poprawnie, kilka obowiązkowo ironicznych dialogów udało się upichcić. Tylko zabrakło egzystencjalnego klimatu. W skali dawnej szkolnej dałbym czwórkę. Kto inny może byłby mniej łaskawy, ale ja mam słabość do czarnego kryminału jako gatunku, więc proszę wybaczyć.
Detektyw nazywa się Peter Barlow i oczywiście jest to aluzja do chandlerowskiego Marlowa. Peter otrzymuje zlecenie od starej lampucery, co to jej śmiech przypomina „zapuszczanie silnika w zdezelowanym samochodzie”. Ma odnaleźć jedną zdzirę i odebrać naszyjnik, który został zawłaszczony przez niefrasobliwego małżonka chlebodawczyni. Przydałby się również, by małżonek wrócił do prawowitej właścicielki. Barlow postanawia zasięgnąć języka u kumpla dziennikarzyny, który wyrzucony swego czasu z jakiegoś szmatławca za nadmiar etyki zawodowej (chyba gość pomylił branże), spędza życie w barach. Zawsze jest potrzebnicki (tu i wygląda dziaćków. Warto by nieco ów slang podciągnąć. Raczej, jeżeli już, to używa się określenia „potrzebowski”, natomiast zamiast „infantylnych „dziaćków” mógłby być na przykład „szmal”. No ale zostawmy to i przejdźmy do atutów. Oto Barlow, jak już dotarł do rzeczonej zdziry, straszy ją procesem i wymyśla tytuły, jakimi prasa ją będzie miażdżyć. Jeden z nich mógłby brzmieć: „Zdejmowała majtki, ale nakłada perły”. Długo jednak Barlov tak nie daje rady brylować, bo nagle ktoś go znieczula, a jak się budzi, to zdzira leży martwa, a w użyciu był pistolet Barlowa. Żeby ratować skórę Barlow wdaje się w dyskurs ze znajomym gliną, który zresztą ma Barlowa udupić: „Przecież chyba nie wierzysz, że załatwiłem tę małą… – To nie jest kwestia wiary, Peter. Ja w ogóle jestem niewierzący i nawet nie wiem, co to znaczy wierzyć. To nie mój resort. Tym niech się zajmują pastorzy i księża. Mnie interesują tylko fakty”. Przyznam, że ładnie napisane i przypuszczam, że Chandler nie wyrzuciłby tej gadki z akapitu. Również kilka porównań się Siewierskiemu udało, weźmy takie: „Uniósł się lekko ze swego posłania i popatrzył na mnie. Miał spojrzenie martwe i głębokie jak sztolnia kopalni”. Gorzej na odcinku opisów. Miejscami zalatuje „Zaproszeniem do podróży” (taka „Ewa” o hipisach – przyp. mój).Albo takie z lekka poetyckie spojrzenie na miasto: „Niebo nad Los Angeles jest bezgwiezdne, otulone opończą spalin i rozświetlone odblaskami kolorowych neonów”. Bohater działa sprawnie, popija a to whisky, a to burbona i prze do przodu, natomiast brak nieco pogłębienia, autorefleksji, namysłu chwilowego nad padołem łez, którego wszyscy uczestnikami jesteśmy. Ogólnie jednak, przyznaję, że czytałem z przyjemnością i chętnie zobaczyłbym to dzieło w większej liczbie stron, ale wiem, że chodziło raczej o pastisz autorowi i próbę wskoczenia w inne ramy gatunkowe, niż te, w których tkwił na co dzień. Raz musiałem też zajrzeć do słownika, żeby sprawdzić jak wygląda manzanita, czyli małe drzewo lub krzew z rodziny wrzosowatych, które można spotkać przede wszystkim w Kaliforni. Wszak uczymy się każdego dnia, a przynajmniej staramy.
