- Autor: Wołowski Jacek
- Tytuł: Oset pleni się w mroku
- Wydawnictwo: Iskry, Wydawnictwo CM
- Seria: Seria Srebrnego Klucza, Najlepsze Kryminały PRL (Lata 60)
- Rok wydania: 1963, 2017
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Tomasza Lada

Podczas pościgu za szewroletą na drodze z Zakopanego do Krakowa radiowóz wpada na wysypane na drodze metalowe kulki; z każdej wystaje osiem naostrzonych bolców i dlatego wszystkie opony w samochodzie zostają przebite.
Major Mały, szef wydziału dochodzeniowego, twierdzi, że prawdopodobnie musiały one zostać wysypane z pojemnika zainstalowanego w ściganej szewrolecie; w Polsce byłby to pierwszy taki przypadek, ale fachowe czasopisma zachodnie notowały już takie fakty, a w gwarze tamtejszych przestępców takie kulki nazywane są „ostem”. Następnej nocy pod jednym z mostów zostają znalezione zwłoki kapitana Suchego, który był głęboko zakonspirowany w środowisku przemytników dewiz i narkotyków i w celu jego rozszyfrowania przebywał w Zakopanem; obok jego ciała leży jedna kulka „ostu”.
Milicjanci udają się do Zakopanego i tam zatrzymują jednego z podejrzanych; tej samej jednak nocy major Mały zostaje otruty strzałem z ładunkiem cyjanku potasu. Komenda Główna tworzy grupę operacyjną kierowaną przez majora Spokojnego i składającą się z najlepszych specjalistów z Warszawy i Krakowa; zadanie zlikwidowania bandy przestępczej otrzymuje kryptonim „Oset”. Współpracująca z milicją pani Zuza, specjalistka od dużego przemytu, dobrze wprowadzona w to środowisko i mająca duże znajomości, sugeruje, że przestępcy mają swoją wtyczkę w milicji; major Spokojny przypuszcza jednak, że rzucenie takiego podejrzenia jest próbą ochronienia prawdziwej wtyczki.
Powiem krótko – to jest to! Tym razem Jacek Wołowski stworzył książkę, która nie jest chaotyczną mieszaniną stylów, ale mocną, drapieżną i solidną intrygą. W tym przypadku surowość książki jest jej wielkim atutem: akcja jest konkretna, język jest lakoniczny, postacie są pokazane oszczędnie, a dialogi są zwięzłe – i to wszystko na niecałych 140 stronach. Momentami trudno uwierzyć, że książka powstała w Polsce na początku lat 60.: strzelaniny, nieudane porwanie, przemyt narkotyków w trumnie, ale przede wszystkim śmierć dwóch oficerów – w siermiężnym kryminale milicyjnym rzecz trudna do pomyślenia. Pytanie tylko, czy autor, bądź co bądź reporter, nie oparł tej powieści na jakiejś autentycznej historii – do takiego myślenia skłania mnie to, że milicjanci nie mają nazwisk tylko pseudonimy; czasami powoduje to zabawne sytuacje – córka majora Spokojnego miała pęknięcie wyrostka i leży w szpitalu, a jego przełożony mówi przez telefon: „my tu się opiekujemy twoimi kobietami, więc bądź spokojny”. Świetne są tu dialogi, treściwe i konkretne: pani Zuza opisując jednego człowieka mówi: „Taki jeden. Z kobiet się utrzymuje. Ale silny”. Ale najbardziej podoba mi się scena w której dwoje milicjantów idzie na akcję: „– Coś ty, Wandeczko, taka smutna? – Idź do diabła. – No, to chodźmy. Idą. Jedna przecznica, druga, trzecia”. Stylistycznie jest tu bardzo blisko do serii Maj Sjöwall i Pera Wahlöö o Martinie Becku – podobna konkretność, oszczędność i zwięzłość; ogólnie więc uważam, że jest to dobra rzecz i myślę, że trochę czasu można jej poświęcić; uprzedzam jednak, że treść jest „gęsta” i trzeba ją czytać uważnie. A jak ktoś bardzo chce, to może ją przeczytać po słowacku – nasi sąsiedzi wydali ją w 1965 i 1970 roku jako „Kryptonym Bodliak”.
