- Autor: Siewierski Jerzy
- Tytuł: Zbrodnia w Słonecznym Klubie (w Pięć razy morderstwo)
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1976
- Recenzent: Anna Lewandowska
LINK Recenzja Adama Sykuły
LINK Recenzja Iwony Mejzy
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego
LINK Recenzja Mikołaja Kwaśniewskiego

Złowieszcza golizna
Do lektury opowiadania Jerzego Siewierskiego „Zbrodnia w Słonecznym Klubie”, wchodzącego w skład tomu „Pięć razy morderstwo”, zachęcił mnie podtytuł „morderstwo po szwedzku”. Lubię Szwecję i szwedzką literaturę, szczególnie kryminały i książki dla dzieci, więc postanowiłam sprawdzić, jak polski pisarz widział kryminalną Szwecję.
Jerzy Siewierski znany jest nam przede wszystkim z książki „Spadkobiercy pani Zuzy”, która posłużyła za scenariusz filmu „Brylanty pani Zuzy”, oraz z niewielkiej książeczki pt. „Powieść kryminalna”, która jest pierwszą polską monografią tego gatunku. W tomie „Pięć razy morderstwo” zawarł pięć opowiadań wystylizowanych na prozę krajów, w których umieścił akcję, a więc: morderstwo po angielsku, amerykańsku, francusku, szwedzku i po polsku.
W czasie, gdy powstało opowiadanie „Zbrodnia w Słonecznym Klubie”, a więc w połowie lat siedemdziesiątych, w naszym kraju postrzegano Szwecję jako kraj mlekiem, miodem oraz golizną płynący. Ci, którzy mieli okazję tam zawędrować, z zachwytem opowiadali o niesłychanie wysokim poziomie życia, opiekuńczej roli państwa i wszechobecnym porządku. No i oczywiście o tym, że golizna nie jest dla Szwedów niczym krępującym, pornograficzne pisemka można kupić na każdej ulicy, a na plażach roi się od nagusów.
Jerzy Siewierski akcję swojego opowiadania umieścił w „Słonecznym Klubie”, raju dla bogatych naturystów, położonym piętnaście kilometrów od Ystad (czyli od miasta, w którym pracował mój ulubiony Kurt Wallander, ale akcja książki toczy się na długo zanim Henning Mankell powołał go do życia). Otóż pewnego dnia doszło tam do wypadku z bronią. Zawiadomiono policję, do zbadania sprawy został wysłany fórste kriminal-assistent Par Barlsson, pouczony przedtem przez szefa, że „najważniejszym obowiązkiem funkcjonariusza policji jest takt i dyskrecja”.
Na miejscu Barlsson przekonał się, że szef miał rację, powitała go bowiem goła jak święty turecki starsza pani i naprawdę wymagało wiele taktu, żeby nie okazać zdumienia i… obrzydzenia. Starsza pani, szefowa klubu, wygłosiła krótką pochwałę naturyzmu: „Naturyzm daje katharsis, oczyszcza ze wszystkich brudnych naleciałości cywilizacji dwudziestego wieku, ze wszystkich pęt stworzonych w ciągu tysiącleci przez fałszywie pojętą kulturę. Daje człowiekowi prawdziwe wyzwolenie, pozwala na nieskrępowany kontakt z naturą i środowiskiem naturalnym, wpływa decydująco na rozwój fizyczny jednostki ludzkiej i uwalnia ją od kompleksów i zahamowań…”. Po czym przystąpiono do omówienia wydarzenia.
Otóż jedna z członkiń klubu, pani Bettan Mattsman, została postrzelona przez swojego byłego narzeczonego. Przyjeżdżała z nim od lat do Słonecznego Klubu, jakiś czas temu poznała tu Egila Mattsmana, syna bardzo bogatego bankiera (czy bankier w ogóle może być nie bardzo bogaty?), i wyszła zań za mąż, porzucając dotychczasowego narzeczonego. Ów narzeczony bardzo ją kochał, długo rozpaczał, aż w końcu dał upust swej rozpaczy strzelając do wiarołomnej kobiety.
Właściwie sprawa byłaby całkiem prosta, gdyby nie to, że w kilka godzin później został zastrzelony we własnym (klubowym) łóżku ówże szczęśliwie poślubiony Egil Mattsman.
Na miejsce przybyła już teraz cała ekipa śledcza. Badano ślady, przesłuchiwano przebywających w klubie naturystów. Dużym utrudnieniem okazał się brak odzieży u przesłuchiwanych, bo było to bardzo krępujące dla policjantów. Ale na żądanie, by coś na siebie włożyli, szefowa klubu odparła: „Ci ludzie zapłacili kilkaset koron po to, by móc tu chodzić bez ubrania. I będą chodzili. Żadna policja nie może nakazać im się ubrać. Żyjemy w wolnym kraju i pan jako przedstawiciel władzy powinien o tym pamiętać…” Sama szefowa ośrodka, mimo deszczu, chodziła niemal zupełnie nago, miała tylko na głowie kaptur chroniący przed zamoczeniem jej staranną fryzurę. Fórste kriminal-assistent Par Barlsson zastanawiał się nawet, czy nie jest jej zimno, ale nie miał odwagi o to zapytać.
Policjanci mieli niejako ułatwione zadanie: wiadomo było, że Mattsmana zastrzelił ktoś, kogo on znał, czyli na pewno ktoś z członków klubu, bo osoby niezrzeszone nie miały tu wstępu. Nie mógł się zakraść cichaczem też nikt obcy, chyba żeby się przebrał za naturystę, to znaczy rozebrał, bo człowiek w ubraniu zwróciłby powszechną uwagę. Ale z kolei powstał problem: gdzie nagi człowiek może ukryć pistolet? Przecież gdyby ktoś z pistoletem w ręku wszedł do pokoju Mattsmana, to ten zapewne nie leżałby spokojnie na łóżku: „Po tym, ci się stało z jego żoną, każdy przybysz z bronią wzbudziłby jego czujność. Nie dałby się zaskoczyć. Próbowałby walczyć.” – tłumaczył Barlsson.
Śledztwo powoli nabierało tempa, kiedy padła kolejna ofiara – otruła się tutejsza pielęgniarka, która rzekomo podkochiwała się w świeżo owdowiałej pani Mattsman. Posądzenie to okropnie oburzyło szefową ośrodka, która stwierdziła, iż: „Naturyści nie ulegają zboczeniom seksualnym. To jest naukowo dowiedzione!”.
W końcu jednak policja uporała się ze śledztwem, winni zostali ujęci, a zakończenie jest zaskakujące, jak na porządny kryminał przystało.
A na zakończenie mojej recenzji akcent polski, którego oczywiście w książce nie zabrakło – jeden z bohaterów raczył się dobrze znanym nam alkoholem: „Była to polska wódka, o której slogan reklamowy głosił, że zawiera wyciąg trawy ulubionej przez polskie bizony.”
