Zeydler-Zborowski Zygmunt – Jałowce jak cyprysy 10/2026

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Jałowce jak cyprysy
  • Wydawnictwo: KAW, Wielki Sen
  • Seria: Czerwona Okładka A4, Seria z Warszawą (tom nr 29)
  • Rok wydania: 1986, 2012
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Jana Mola
LINK Klubowa Księgarnia

Milicja otrzymuje zadanie odnalezienia inżyniera Roberta Glowerta, który wraz z żoną przyleciał z Filadelfii, by odwiedzić swojego ojczyma, Tomasza Rodowskiego; w tej sprawie interweniowała już ambasada amerykańska i dlatego pułkownik Leśniewski wyznacza do tej sprawy majora Stefana Downara oraz porucznika Stanisława Olszewskiego.

Rodowski ma postępującą sklerozę i obecnie mieszka w Józefowie u swojego bratanka, architekta Adama i jego żony Hanny, pani chirurg ze szpitala na Pradze; Downar i Olszewski jadą tam i w oczy rzuca im się przerażenie Adama na wieść o tym, że milicjanci chcą porozmawiać z jego stryjem.

Tymczasem Robert Glowert zostaje znaleziony martwy w Leśnej Podkowie w willi Lucjana Szredera, kiedyś adwokata, a obecnie pośrednika w handlu nieruchomościami; denat został pchnięty w plecy chirurgicznym lancetem ukradzionym ze szpitala w którym pracuje Hanna Rodowska, a na miejscu zbrodni Olszewski znajduje złotą spinkę jej męża. Porucznik szybko nabiera pewności, że mężczyzna mieszkający u Rodowskich nie jest stryjem Adama. Wkrótce rzekomy stryj zostaje otruty cyjankiem potasu; kluczowa dla sprawy okazuje się informacja, że pracował on jako woźny w kancelarii Szredera, a po przejściu na emeryturę otworzył w banku konto na którym miał ponad dwa miliony złotych.

Głównym elementem wyróżniającym tę książkę jest jej format – wydanie z 1986 roku jest tylko odrobinę mniejsze od tygodnika „Angora”. W taki sposób KAW wydała bodajże osiem powieści; co ciekawe, nie były one drukowane w jednej drukarni, ale w różnych, od Szczecina przez Bydgoszcz i Warszawę na Krakowie skończywszy; co jeszcze ciekawsze, przeplatane one były książkami w normalnym formacie. Ciekawe jest też to, że jest to ostatnia powieść autora wydana w wersji książkowej za jego życia – w wersji prasowej ukazała się jednak w „Kurierze Polskim” już w 1978 roku. A same „Jałowce jak cyprysy” to opowiastka ani lepsza ani gorsza od innych; dobrze się ją czyta ale raczej nie zapada w pamięć na długo; zastanawiam się tylko, skąd ZZZ wziął na nią pomysł, bo założenie intrygi jest dość wiarygodne. Mamy więc wszystko to, z czego autor jest znany: malownicze postacie – jest facet z melancholijnie zwisającymi wąsami; jest drugi osobnik o fioletowej, gąbczastej twarzy; ale i tak moją faworytką jest sekretarka Szredera, która „miała gęste, kasztanowate włosy upięte w mocny węzeł. Nie hołdowała modnej fryzurze, tak bardzo utrudniającej jedzenie zupy”, a i sam Olszewski mówi o niej: „Co za nogi! Fantazja skrzyżowana z poematem”. Są ciekawe dialogi: o małym fiacie zakopanym w sypkim piachu: „– To nie jest samochód do terenowej jazdy. – To w ogóle nie jest samochód”; z kolei efektowna wypowiedź Downara jest skomentowana przez Szredera: „Podziwiam pański dar wymowy. Zrobiłby pan karierę w adwokaturze”. Ale jest też ciekawostka typowo „warsiaska”: na podwórku dziewiętnastowiecznej „studni” stoi „poobijana figura Matki Boskiej, przed którą dogorywają anemiczne kwiaty” – swego czasu czytałem o oddolnej inicjatywie restaurowania tych „Maryjek” ale nie wiem, czym to się skończyło. Generalnie więc książeczka krzywdy nie robi; ZZZ potrafił pisać lepiej, ale potrafił też gorzej, a nawet dużo gorzej.

I jeszcze na koniec mam małą dygresję dotyczącą tej historii ale też ogólnie kryminałów milicyjnych – Downar mówi do Olszewskiego: „Jeżeli przestępcy nie popełnialiby żadnych błędów, to my nie mielibyśmy najmniejszych szans”. No, właśnie, tylko, że w tym przypadku tych błędów jest co niemiara: znaleziona kartka z nazwiskami, ślady butów, odciski palców, nitka z flanelowej koszuli; w pewnym momencie Downar korzysta nawet z pomocy zaprzyjaźnionego byłego włamywacza, pana Wacia. A gdyby tak zmontować taki kryminał w którym milicjanci faktycznie nie mieliby najmniejszych szans? „Tam piaski śpiewają” Josephine Tey, „Śmiejący się policjant” Maj Sjöwall i Pera Wahlöö czy „Wizyta u Minotaura” braci Wajnerów – tam śledztwa zaczynają się od całkowitego zera i opierają się na twardej, metodycznej logice i wyciąganiu wniosków, a nie na wierze w odciski palców czy na pomocy informatorów z miasta. A może taki polski milicyjny kryminał jest, tylko ja go jeszcze nie znalazłem?