Zeydler-Zborowski Zygmunt – Almiritis piją słoną wodę 533/2025

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Almiritis piją słoną wodę
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1978
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Marek Sosnowski, młody archeolog, podczas wycieczki do Grecji gubi paszport w samochodzie Amerykanina Williama Hawkinsa, który podwiózł go do Aten; w pogoni za Amerykaninem chłopak udaje się na Kretę, gdyż tam on miał popłynąć swoim jachtem.

Sosnowski płynie na wyspę razem z Anetą Papadopoulos, która w Atenach została jego kochanką; chłopak traktuje to spotkanie bardzo emocjonalnie i chce się z kobietą żenić. Na Krecie Sosnowski nawiązuje kontakt z inżynierem Henrykiem Kosowiczem, który jest w Iraklionie kierownikiem budowy olejarni; okazuje się, że on też stracił głowę dla Anety, która jest żoną jego przyjaciela Jorgosa dostarczającego mu na budowę materiały elektrotechniczne. Podczas przyjęcia zorganizowanego przez miejscowego biznesmena Sosnowski poznaje Roberta Daszewicza, historyka sztuki, który przyznaje się do znajomości z Hawkinsem; dzięki niej Sosnowski odzyskuje paszport, ale też podpisuje po pijanemu zobowiązanie do przekazywania Amerykaninowi pewnych materiałów i dokumentów.

Tymczasem inżynier Kosowicz zaprasza Jorgosa Papadopoulosa i jego żonę do Warszawy; podczas wizyty Aneta zostaje otruta cyjankiem potasu. Wkrótce Grek spotyka się w hotelu z włoskim biznesmenem, Mario Castellonim; niedługo potem Papadopoulos gdzieś znika. O otrucie Anety major Downar najbardziej podejrzewa Daszewicza, który chciał ją szantażować, a oprócz tego namówić Sosnowskiego na wykradanie z magazynów muzeum cennych wykopalisk z Egiptu i Syrii; okazuje się jednak, że historyk sztuki zostaje zasztyletowany we własnym mieszkaniu.

Wprost trudno sobie wyobrazić, że pisarz z trzydziestoletnim dorobkiem mógł napisać taką bryndzę; jest to jedna ze słabszych, jeśli w ogóle nie najsłabsza książka ZZZ; chwilami miałem wrażenie, że czytam powieść napisaną przez jakiegoś początkującego autora. Przez 62 procent książki czytamy perypetie bohaterów zachowujących się jak niedojrzali chłopcy, którzy tracą głowy na widok pięknej kobiety; wszystko jest po prostu mdłe i byle jakie, postacie są nieznośnie papierowe i przewidywalne, a intryga nie wzbudza jakiegoś większego napięcia. I dopiero w pozostałych 38 procentach widzimy majora Downara, który zresztą jest równie bezbarwny jak cała reszta; prowadzone przez niego śledztwo opiera się na jakichś prostackich prowokacjach. A żeby było śmieszniej, to na końcu książki tłumaczy się z tych prowokacji w sposób nieznośnie patetyczny – według niego „dla zdemaskowania zbrodniarza wszystkie chwyty są dobre. Dosyć już tej zabawy fair play. Przez świat idzie coraz szerszą falą bezkarna zbrodnia. Jeżeli cała ludzkość nie zmobilizuje się przeciwko tej gangrenie, to koniec, zginiemy” – no, nie ma co, piękna mowa; tylko czy majorowi milicji wypada zniżać się do prostackiego szantażu przy przesłuchiwaniu już wystarczająco złamanego Sosnowskiego? Wobec Castelloniego również zostaje zastosowana ordynarna prowokacja, co nawet zauważa pułkownik Leśniewski; nie chciałbym być w skórze Downara, gdyby Włoch odmówił składania jakichkolwiek zeznań i zażądał adwokata, który mógłby zrobić dyplomatyczną grandę. I nawet nie ma tu tak charakterystycznych dla autora zabawnych porównań ani barwnych opisów postaci; są tylko skromne znaki czasu: Castelloni „tak wygląda, że dla niego pchnąć nożem, to jak dla nas zjeść bułkę z serwolatką” (internet musiał mi przypomnieć co to jest); z kolei matka Sosnowskiego daje mu na kolację parówki z chrzanem i sałatkę z selera – a gdy syn kręci nosem, to mówi: „O nie, nie po to wystałam się w kolejce, żebyś ty mi tutaj wydziwiał”. No cóż, lata w których parówki trzeba było wystać już minęły; pamiętam, że czasem zdarzyło się stać w kolejce nawet po książki, ale dziś myślę, że po tę powieść na pewno bym w ogonku nie stanął.