Zarzycki Andrzej – Ślad prowadzi w przeszłość 513/2025

  • Autor: Zarzycki Andrzej
  • Tytuł: Ślad prowadzi w przeszłość
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 120349
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Piotra Głogowskiego
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

107 worków cementu spod Serocka i belgijski denat

Powieść Andrzeja Zarzyckiego „Ślad prowadzi w przeszłość” ma wszelkie wady przeciętnego tytułu wydanego w serii Labirynt, ale z drugiej strony stanowi kanoniczny przykład jednego z podstawowych schematów powielanych przez różnych autorów, w ramach sztywnych ram szpiegowskich, narzucanych przez wymogi serii.

Zaczyna się spokojnie. Najpierw mamy samotnego mężczyznę z Hotelu Europejskim i jego rozmowę z barmanem. Potem akcja przenosi się do Białobrzegów pod Serockiem, gdzie sierżant Stolarski bada sprawę kradzieży 107 worków cementu i półtorej tony zbrojeń, że o klamkach i innych duperelach nie wspominamy. A działo się to wszystko przy budowie ośrodka wypoczynkowego dla Instytutu Doświadczalnego Chemii.

Jaki jest związek między tymi dwiema sprawami? Teoretycznie żadne, ale praktycznie musi na siłę powiązać te wątki, żeby aferę szpiegowską w jakiś sposób tu wcisnąć, mimo że wcale jest potrzebna. Moglibyśmy przecież poznać bliżej sierżanta Stolarskiego, jego pracę, charakter, stosunki na komendzie w Serocku, relacje w lokalnej społeczności i wreszcie jego pogoń za 107 workami cementu i całą resztą materiałów budowlanych, nawet jeżeli one zdążą się rozpierzchnąć po okolicznych przysiółkach. Ale nie. Zarzycki zaraz pakuje trupa do dołu z wapnem, właśnie w tym rejonie. A w pobliskich krzakach – nad Zalewem Zegrzyńskim – znaleziony zostaje wóz wypożyczony z Orbisu (widzimy go zresztą na okładce książki). Denatem oczywiście okazuje się ów człowiek, który mignął nam w Europejskim. W toku czynności śledczych, że to Belg, polskiego pochodzenia, Edward Sarnak vel Eduard Sarnack. Otóż pan Edward przybył do dawnej ojczyzny w sprawach zawodowych i kręcił się wokół instytutu „Chemix”, gdzie grupa inżynierów prowadziła badania nad tworzywem sztucznym, które będzie bardzo istotne w wojsku – do tego stopnia, ze zastąpi płyty pancerne. Czyżby zatem Sarnak przybył z misją szpiegowską? Czyżby chciał połaszczyć się na polską myśl techniczną, podobnie jak dziesiątki innych szpiegów zaludniających tytułach serii Labirynt? Jeżeli tak, to dlaczego zginął i kto miał udział w tej zbrodni? No dobrze, skoro mamy już tyle szczegół, to Zarzycki mógłby pójść tym tropem w miarę prosta drogą. Nic z tego jednak. Oto grzebiemy siew przedwojennej przeszłości Sarnaka, który pracował w kolejnictwie, a potem brał udział w ruchu oporu. Trafił do oddziału, w którym ktoś zdradził. Poznajemy kilka kolejnych postaci – towarzyszy z oddziału. Z kolei do Legionowa przyjeżdża córka kierownika budowy, przy której znaleziono trupa. Udaje się ona fryzjera Legionowie i tam ktoś do niego strzela. Po cholerę? A bo ten fryzjer był jakiś czas temu gościem restauracji „Złoty Lin” w Serocku, gdzie był przypadkowym świadkiem dziwnej rozmowy. To wcale nie koniec zapętlających się wydarzeń w tej niedługiej w końcu powieści. Czytelnik nienawykły do dziwacznej struktury powieści labiryntowych sam zaczyna się gubić w odmętach fabuły. Dlatego utwór zalecam tylko fanatykom gatunku, do których sam należę. Powieść cierpi także na nadmiar wszelkiej maści oficerów dochodzeniowych i są to niestety wszytko ludzie bez właściwości, których z znamy w zasadzie tylko z nazwiska. Jak się bowiem domyślamy, poznany na początku sierżant Stolarski zostaje szybko odstawiony na boczny tor i sprawy przechodzą w ręce podpułkownika Tadeusza Kuźmierka i jego ludzi – kapitana Jerzego Szareckiego i porucznika Pawła Grada (bohaterowie ci pojawią się także w dwóch innych dziełach autora – „Dimanche znaczy niedziela” oraz w „Skarabeuszu z lapis lazuli” – ta druga książka istnieje tylko w edycji Klubu MOrd i nadal jest dostępna w klubowej księgarni). Jak tylko wypływają kwestie szpiegowskie, to pojawia się kontrwywiad – Major Greń, porucznik Wrzosek, kapitan Ralewicz i pułkownik Rapacz. Robi się tłoczno niczym w piątkowy wieczór w „Barze przy Kaśce”. Większość tych postaci jest zresztą niepotrzebna i wprowdza jedynie bałagan w fabule. Znamy jednak motywy autora i wydawnictwa MON. Chodziło o ukazanie zbiorowego (tak jest – zbiorowego) wysiłku obu resortów i wyższości pracy zespołowej nad działaniami pojedynczych śledczych. No i o utwierdznie czytelnika-obywatela, że żadne szpiegostwo nie ma u nas szans. Sam autor najwyraźnuiej czuje się przytłoczony własnym dziełem, co widzimy choćby w takim zdaniu: „Fakty nawarstwiają się, ale jak dotychczas nie mamy pewności, że którakolowek z poszlak doprowadzi nas do celu”. Toniemy więc coraz to nowych poszlakach oraz kolejnych naradach w gabinetach przepełnionych papierowym dymem. Nieustanna męka sierżantów, poruczników, kapitanów, majorów i pułkowników udziela się czytelnikowi i narasta z każdą stronicą „Śladu prowadzącego w przeszłość”. Fabularnie jest zatem męczaco, natomiast plusik daję za pewien lokalny koloryt – spora część akcji rozgrywa się w rejonie podwarszawskim, gdzie Serock stanowi centrum wydarzeń. Nieco znam te rejony, dość powieidzieć, że w Serocku mieszka Klubowicz Andrzej Byczak, a za Serockiem ma działkę Klubowcz Remigiusz Kociołek. Również na rowerze zdarzało mi się eksplorować te rejony. Natomiasr restauracja „Złoty Lin”, mimo upływu 50 lat od publikacji ksiązki, nadal działa i ma się dobrze. Tak więc, nie ukrywam, pewnien sentyment towarzyszył mi podczas lektury. Niestety autora tak pochłonęła afera szpiegowska, że zupełnie porzucił kwestię 107 worków cementu i połtorej tony, że o klamkach nie wspomnę. Wątek tem urwał się nagle i już nie wrócił, co muszę uznać za niechlujstwo autora. Zresztą to chyba jego cecha wyróżniająca, gdyż Klubowicz Robert Żebrowski recenzując „Skarabeusza z lapis lazuli” (recenzja 310/2025) zwrócił uwagę na zapodzianie wątku ze skradzionym reaultem.