Sekuła Helena „Dziewczyna znikąd” – Pierwsza seta 70

  • Autor: Sekuła Helena
  • Tytuł: Dziewczyna znikąd
  • Wydawnictwo: Iskry, Zysk i S-ka
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1964, 2009
  • Nakład:
  • Recenzent: Jan Bielicki
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego
LINK Recenzja Izy Desperak
LINK Recenzja Adama Sykuły

Penetracje środowiskowe i nie tylko

„Po raz pierwszy eksponowany jest, mimo trudności poligraficznych, kolor – w skromnym zakresie kilku zdjęć prezentujących możliwości i osiągnięcia naszych artystów w fotografii barwnej, powszechnej już na świecie, a w kraju ciągle jeszcze nie dość popularnej” ze wstępu Zbigniewa Pękosławskiego do almanachu fotografiki polskiej 1962.

Takimi słowami wiceprezes Związku Polskich Artystów Fotografików zapowiada nadejście prawdziwej rewolucji w fotografii, nie tylko z resztą artystycznej. Na potwierdzenie tych słów w almanachu, obok stu siedmiu znakomitych zdjęć czarno-białych opublikowano sześć zdecydowanie mniej dopracowanych zdjęć barwnych. Oglądając je można się domyślać, jak bardzo ich autorzy byli zafascynowani kolorem samym w sobie – poniekąd spycha on treść zdjęć na dalszy plan.

Nastrój pionierów fotografii barwnej wyczuwalny jest również podczas lektury powieści Heleny Sekuły „Dziewczyna znikąd”. Akcja rozgrywa się na początku lat 60. w środowiskach PRL-owskiego high life’u a także wśród doświadczonych kieszonkowców i szulerów, którzy pierwsze szlify zdobywali jeszcze we Lwowie. Przestępcy często odwowołują się do etosu lwowskiej doliny – oczywiście, w starciu z milicją nie jest to żaden atut.

Głównymi bohaterami powieści są: artysta Piotr Radley, wypromowany przez spotkanego w Paryżu „łowcę głów” (na podstawie szczątkowej znajomości biografii kilku znanych fotografików mogę powiedzieć, że zawrotna kariera tej fikcyjnej postaci przypomina losy niejednej gwiazdy muzyki rozrywkowej, lecz z pewnością nie człowieka parającego się fotografią artystyczną), milicjanci – pułkownik Lis i major Korosz, Zuzanna – zaledwie osiemnastoletnia dziewczyna „po przejściach” i Kwadratowy – „charakterny” chłopak po dwuletnim pobycie w ZK. Poznajemy również kieszonkowców (moją uwagę zwrócili przede wszystkim Biały Max i Złoty Polo, ze względu na ksywy kojarzące się raczej z nastoletnimi entuzjastami odzieży sportowej z przełomu XX i XXI wieku) i szarą eminencję warszawskiego półświatka – Hrabiego Siekierek.

Po powrocie z Paryża, Radley, wschodząca gwiazda fotografii daje w Pałacu Kultury wystawę. Przybywają: „… znani intelektualiści, literaci, ministrowie, dyplomaci, przedstawiciele świata artystycznego stolicy, zdaje się kilku generałów, nie mówiąc już o dyrektorach departamentów i pułkownikach, których zebrałaby się dobra kompania. Bardzo licznie przybyli koledzy po fachu artysty i rzesza snobów.” – jak widać, same grube ryby. Niestety, podczas wernisażu ofiarą kieszonkowców pada szesnaście osób, w tym pułkownik milicji, wspomniany Lis, minister X, pisarz Y, aktorka Z, a nawet sam Radley. Jak się okaże, nie jest to ostatni taki wypadek; w ciągu kolejnych tygodni, biżuteria i gotówka będzie ginąć bywalcom imprez w hotelu „Bristol” i w ambasadach, zaś pasażerowie jadący w wagonach pierwszej klasy zaczną przegrywać znaczne kwoty podczas „towarzyskich” partii pokera z sympatycznymi towarzyszami podróży…

Milicja nie może pozostać bezczynna, choćby ze względów ambicjonalnych. Początki są mizerne – podczas obserwacji w „Europejskiej” major Korosz nie dostrzega nic podejrzanego, jednak później znajduje w kieszeni swojej marynarki cudzy portfel. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na specyficzny sposób prowadzenia działań specjalnych: „-Trzeba przygotować kilka ładnych dziewczyn >>na wabia<< – zdecydował major – Niech mieszkają w hotelach, jeżdżą samolotami i w ogóle: turystki. Niech obnoszą pierścionki, bransoletki i wszelkiego rodzaju świecidełka. […] Muszą być nie tylko kosztowne ale i CHARAKTERYSTYCZNE. O to niech się martwią nasi jubilerzy. Wybierzcie dziewczęta, poruczniku.”.

Jednocześnie poznajemy tajemniczą Zuzannę. Dziewczyna błąka się po mieście, pewnej deszczowej nocy spotyka chłopaka, który proponuje jej pomoc. Ku zdziwieniu Czytelnika, nieznajomy okazuje się zupełnie bezinteresowny. W taki sposób Zuzanna poznaje grupę sympatycznych młodych ludzi: Montera, który pracuje w zakładach przy Kasprzaka, Kwadratowego – kamieniarza mieszkającego w ruderze na Powązkach, Rentgena – studenta V roku medycyny, który leczy ją z grypy, Maćka-Fajkę – studenta ASP, dorabiającego malowaniem falsyfikatów i kilka innych, równie niezwykłych postaci.

Cytować już nie będę, bo znajomi, którym daję recenzje do zaopiniowania twierdzą, że za dużo przepisuję. Zdradzę tylko, że rozmowy młodych ludzi przypominają miejscami dialogi z powieści Edmunda Niziurskiego. Skojarzenia z charakterystycznym stylem tego pisarza budzi również lektura rozdziału „Kolacja u Dziadka Truciciela” – tytułowy posiłek to półformalne spotkanie milicjantów z „emerytowanymi” (teoretycznie) kieszonkowcami. Można też porównać slang sprzed 40 lat ze współczesnym. Zauważyłem, że przez ten czas „gablota” wyewoluowała z taksówki w efektowny samochód osobowy, „chawira” (dziś: „hawira”) z meliny i nieformalnego hotelu dla poszukiwanych w dom, w domyśle – nadający się do urządzenia dużej prywatki, przepraszam, imprezy.

Warto przeczytać „Dziewczynę znikąd” również dla błyskotliwej tyrady Kwadratowego, oburzonego mieszczańską moralnością Radleya czy kilku innych niezwykłych operacji przeprowadzonych przez dzielnych funkcjonariuszy.

Przedziwną manierą autorki jest natomiast paniczne unikanie nazw własnych. Komórka milicji zajmująca się działaniami specjalnymi nazywa się X, podobnie jak okradziony minister. Czy wynika to z lęku przed przypadkową zbieżnością, czy z niechęci do wymyślania kolejnych nazw i nazwisk…?