Krzysztoń Barbara – Agata 375/2025

  • Autor: Krzysztoń Barbara
  • Tytuł: Agata
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1974
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Ewy Helleńskiej

Doktor Agata Domańska, pracowniczka naukowa instytutu chemicznego w Krakowie, spędza zimowy urlop w domu państwa Rawiczów w Rabce. W sobotnie przedpołudnie Agatę odwiedza jej koleżanka, Mirosława Pelska, asystentka profesora Adama Rogalskiego, dyrektora instytutu, naukowca światowej klasy i kandydata do otrzymania nagrody Nobla.

Następnego dnia Domańska zostaje znaleziona otruta cyjankiem; wszyscy podejrzewają samobójstwo, gdyż wcześniej rozmówiła się z Rogalskim, swego czasu jej bliskim przyjacielem. Śledztwo prowadzą miejscowi milicjanci; sława profesora powoduje jednak, że przejmuje je kapitan Derko z Krakowa. Kapitan analizuje relacje między pracownikami instytutu i odkrywa, że nie były one dobre; jednak najbardziej do przodu posuwa śledztwo siostra Agaty, studentka z Wrocławia.

Barbara Krzysztoń tą książką zapoczątkowała w 1974 roku swoje pięć minut w świecie literatury kryminalnej; po dwóch latach napisała „Karolino, nie przeszkadzaj”, a po kolejnym roku „Człowieka w czarnym kapeluszu” – wszystkie one wyglądają jednak bardziej jak powieści obyczajowe z wątkami społecznymi, a elementy kryminalne pełnią rolę dodatku do całości i są jakby na drugim planie. W „Agacie” autorka skupiła się na pokazaniu lekko śmierdzącego środowiska instytutu: romanse, szantażyki, kradzieże cudzych prac, wzajemne podkopywanie i ogólnie mało przyjemna atmosfera; w tych okolicznościach śmierć Agaty Domańskiej staje się dla niektórych wręcz koniecznością. Książka poprowadzona jest dość standardowo: autorka co chwilę podsuwa nam wiarygodne rozwiązania intrygi ale zdajemy sobie sprawę, że są to mylne tropy. Akcja jest dość statyczna; większy nacisk jest tu położony na przesłuchania prowadzone przez Derkę i wynikający z nich opis relacji panujących w instytucie – i pod tym względem jest podobna do pozostałych książek autorki. Szkoda tylko, że mamy tu trochę gapiostwa: profesor Trembicki na początku powieści nazywa się Ziembicki, a na końcu Trębicki; pojawia się tu też docent Gębicki i myślę, że z tego wynika ten galimatias; szkoda też, że wizerunek miejscowego komendanta milicji jest tak przaśny i wręcz prostacki – trochę straszy ale bardziej śmieszy i tumani. Generalnie więc książka jest poprawna i nic nadzwyczajnego z niej nie wynika; można ją więc przeczytać ale niekoniecznie trzeba.