Edigey Jerzy – Walizka z milionami 252/2025

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Walizka z milionami
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 100290
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Wojciecha Dymarka
LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Raz, dwa, trzy, pierwszy giniesz ty

„Walizka z milionami” ukazała się równo pół wieku temu, w 1975 roku i z całą pewnością powieść ta należy do lepszych dokonań Jerzego Edigeya. Historia fikcyjnego napadu na bank w Łowiczu i podjęcie ponad czterech milionów złotych to punkt wyjścia fabuły, która idzie w kierunku zasadniczego wniosku: co mogło pójść nie tak. Mamy tu oczywiście dalekie echa napadu na bank w Wołowie, który miał miejsce w roku 1962 i okazał się największą tego typu sprawą w całym PRL, a nawet i do dziś, biorąc pod uwagę zrabowaną kwotę – ponad 12 mln ówczesnych złotych.

Mamy tu ciekawą koincydencję czasową. Otóż druk „Walizki z milionami” ukończono, jak wynika ze stopki redakcyjnej, w maju 1975 roku (po niemal roku od oddania do druku – takie były terminy). Natomiast 19 marca 1976 roku miała miejsce premiera filmu „Hazardziści” Mieczysława Waśkowskiego, który był fabularnym opisem sprawy wołowskiej. Tak więc czasy środkowego Gierka sprzyjały marzeniom o wielkiej forsie. W obu jednak sytuacjach – fikcyjnej i prawdziwej problemem okazuje się nie sam napad, bo ten można było wykonać sprawnie i bez ofiar, tylko jak sobie poradzić potem. Po pierwsze, jak dysponować pieniędzmi by nie wykryto ich pochodzenia oraz jak się nimi sprawiedliwie podzielić. I ta druga kwestia stanowi oś dramaturgiczną „Walizki z milionami”. Spór o dystrybucję po napadzie doprowadza do przypadkowej śmierci jednego z czterech uczestników napadu, co uruchamia ciąg kolejnych śmierci i jednoczesną pogoń za walizką, którą gdzieś zdeponował pierwszy denat. Pojawiają się podejrzenia, niejasności, przyrost emocji, jak również chciwości. Wszak z każdą kolejną ofiarą pozostaje coraz mniej uprawnionych do podziału łupu.

Narracja przebiega dwutorowo, co nie jest typowe dla powieści milicyjnej. Z jednej strony widzimy działania skłóconych rabusiów, poznajemy ich intencje, motywacje i powiązania. Z drugiej poznajemy działania milicji, a śledztwo prowadzi znamy nam z kilku powieści Edigeya major Kaczanowski, nadzorowany przez pułkownika Niemirocha. Przy czym można odnieść wrażenie, że milicja raczej błądzi i wyczekuje dając powieści kolejne trupy i niejako licząc na automatyczne wyjaśnienie sprawy. Można wyciągnąć wniosek, że schodząc na drogę przestępstwa lepiej działać w pojedynkę, gdyż w grupie jest się narażonym przede wszystkim na działania podstępnych kompanów, a mniej zagraża milicja. Ale chyba nie o to chodziło autorowi. „Walizkę” czyta się z zainteresowaniem, mimo dość mdłego stylu powieści, co jest zresztą główną wadą i innych dzieł tego pisarza. Słusznie zarzuca mu się brak różnicowania języka bohaterów narrację utrzymaną w stylu urzędowym, przypominającym podanie o przydział węgla: „Milicja ma w walce z przestępcami posługującymi się bronią palną ma bardzo ważny atut”. Sformułowania podobne do powyższego upycha Edigey w wielu miejscach, co oczywiście ma uzmysławiać czytelnikowi sprawność działania organów ścigania i niemal wprost je chwalić. Zarzutów oczywiście do pisarstwa Edigeya jest wiele. Gdzieś spotkałem stwierdzenie, że jego styl to mieszanina kleju stolarskiego z mamałygą, albo że nawet ciekawą teoretycznie intrygę przedstawia w sposób koszmarnie nudny, albo że jest językowo niechlujny, albo że niektóre opisy brzmią absurdalnie. Weźmy następujący fragment: „Zeznania taksówkarza upewniły milicję, że człowiek z walizką, nawet jeśli nie był mordercą Andrzeja Doberskiego, zachowywał sie dziwnie podejrzanie. Któż bowiem każe się wieźć na Saską Kępę, aby potem wrócić tramwajem do lewobrzeżnej Warszawy? Po prostu mężczyzna chciał zatrzeć swoje ślady i to mu się udało. Gdzie to teraz szukać?” Przecież ucieczka tramwajem to wariactwo logiczne. Poza tym sformułowanie „zatrzeć swoje ślady” jest błędne – ponieważ zaciera się ślady za sobą, a nie swoje ślady. No, ale nie o to chodzi, chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę podczas lektury i ten wymóg Jerzy Edigey spełnia, może nie w każdej książce, ale w wypadku „Walizki” owszem, gdyż o tym kto jest mordercą informuje się nas dopiero na ostatniej stronie, w ostatnim zdaniu,choć oczywiście wcześniej pada sporo sugestii w tej sprawie. Również zbyt oczywiste wydają się niektóre tytuły rozdziałów (autor stosuje tę zasadę), które po prostu streszczają przebieg akcji, zamiast pozostawić niedopowiedzenie. Natomiast z niekłamaną radością szukałem warszawskich plenerów i wzmianek o ulicach, bo Jerzy Edigey to przede wszystkim autor warszawski. Tak więc pościg al. Waszyngtona i ulicą Międzynarodową w kierunku działek pracowniczych wywołuje mój uśmiech. Próba ukrycia milionów w piwnicy również. Jeden z podejrzanych pracował kiedyś w warsztatach samochodowych przy ulicy Omulewskiej, na Pradze Południe. Tu na okoliczność jest rozpytywany obecny pracownik, znający dawniej podejrzanego. I ten pracownik nazywa się Edmund Cielecki. No cóż, wszystko w rodzinie. Prawie.