Ziemski Krystyn – Tropami cieni 280/2026

  • Autor: Ziemski Krystyn
  • Tytuł: Tropami cieni
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1978
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Pilna miłość z rozdzielnika

Spółka autorska Krystyn Ziemski, czyli Krystyna Świątecka i Wiesław Godziemski stworzyli zgrany tandem literacki przez ponad 20 lat, wypuszczając w tym czasie 16 napisanych wspólnie powieści kryminalnych, dając im mocna pozycję w drugiej lidze powieści milicyjnej – gdzieś pomiędzy Albertem Wojtem, a Barbarą Nawrocką-Dońską.

Te wydane poza serią Labirynt wydają się ciekawsze, gdyż bez męczącego kagańca szpiegowskiego (choć nie wszystkie). Udane są także tytuły z zakresu symboliki, jak „Niewidzialne kręgi” czy „Tropami cieni”. W obu zresztą jednym z oficerów śledczych jest Andrzej Korcz (tu w stopniu kapitana). Nad drugim z tych tytułów pochylimy się bliżej

W jednym z warszawskich bloków zostają ujawnione zwłoki Adama Stalki. Początkowo wszystko zapowiada, że było to zatrucie gazem, ale szybko okazuje się, ze denat miał obsesję na punkcie okupacyjnej przeszłości. Otóż Niemcy spacyfikowali wieś, w której mieszkał i nikt poza Stalką nie przeżył. Obrazy z przeszłości wracają przez lata i Stalko szuka oprawcy, którego twarz zapamiętał. Napięcie rośnie, gdyż z warszawskiego Grand Hotelu wypada z okna niejaki Jan Kuziński. Czyżby sprawa tych dwóch śmierci nie była przypadkowa. Do akcji włącza się kontrwywiad i choć kapitan Korcz dalej jest obecny (wspomnijmy, że zapach lawendy kojarzy mu się z postacią ojca i jego wodą kolońską; to jednocześnie wspomnienie dzieciństwa) w śledztwie, to główne skrzypce zaczyna grać jego zwierzchnik – major Jerzy Orlicz. A jest to oficer z dużym stażem i wojenną przeszłością. Bardziej pasuje na bohatera, na którego egzystencję przeszłość rzuca tytułowy cień. Jak wiemy ze znakomitego filmu „Cień” (1956) Jerzego Kawalerowicza, nawet włos ma cień, a co dopiero człowiek. Rozpoczyna się drobiazgowe badanie życiorysu pana Kuzińskieego. Człowiek ten był z zawodu dyrektorem i rzucało go na różne odcinki spółdzielczości po całym kraju. W chwili śmierci robił w Sopocie jako dyrektor Przedsiębiorstwa Imprez Artystycznych, ale wcześniej w spółdzielni „Złota Strzała” produkującej guziki, a jeszcze wcześniej w spółdzielni „Trzcina” zajmującej się wyrobami z wikliny. Nie zapominajmy także o spółdzielni „Las”. Wszędzie okazywał się zwierzchnikiem, który trzymał wszystkich twardą ręką, nie znoszącym sprzeciwu i nie liczącym się z ludźmi. Czasem tylko kobiety były o nim innego zdania, no ale wyjaśnijmy od razu, ze chodziło tu wyłącznie o kobiety, które łączyły z Kuzińskim relacje intymne. Na tym odcinku dużo gorzej mają oficerowie kontrwywiadu. Taki major Orlicz na przykład uważa, że „Oficer kontrwywiadu musi umieć stawić czoła wszystkim niebezpieczeństwom. Do tego z kolei trzeba wpierw poznać zagadnienie. Zgłębiam je empirycznie, choć po raz drugi żenić się nie zamierzam”. No cóż, służba przede wszystkim.

Kuziński, zanim wyleciał nagi przez okno Grand Hotelu, poznawał po całym kraju kobiety, korzystając z danych zaprzyjaźnionego biura matrymonialnego. A był to chłop mający w ręku istotne atuty, którym niewiele kobiet było w stanie się oprzeć.Zacytujmy choćby taką Marię Sator, która zapytana przez majora Orlicza o to czy Kuziński zdawał się mieć jakieś kłopoty, żachnęła się: „- Nic takiego nie zauważyłam. On nie lubił mówić o sobie. Wiedziałam, że jest dyrektorem, że ma mieszkanie i samochód. Jakież mógłby mieć zmartwienia!”. Jak widzimy Maria Sator chciałby mieć za męża kogoś, to jest z zawodu dyrektorem, że sięgniemy do klasyki filmowej. W dalszym toku śledztwa wzbogacamy wiedze o kolejnych kobietach poznawanych w celach rzekomo matrymonialnych, a tak naprawdę to chodziło, tak jest, o szpiegostwo. Ważne było przede wszystkim, gdzie dana kobieta pracowała i czy czy wywiad niemiecki miałby tu jakiś interes dol ubicia. Na przykład takie zaopatrzenie pewnego przedsiębiorstwa w metale kolorowe. Rzecz, jak byśmy nie wiedzieli, niezwykle istotna dla obronności kraju. Wygląda, że powieść „Tropami cieni” była zrazu pomyślana na potrzeby serii Labirynt, ale tam się jednak nie ukazała i po kilka latach wylądowała w Kluczyku. To taka moja robocza hipoteza. Narracja, w pierwszej części ciekawa, nieco traci impet, a po dodaniu wątku szpiegowskiego popada w patos i propagandowość. I wrażenia tego nie zmieniają upychane na gwałt liczne zwroty akcji, gdyż są upychane trochę sztucznie, tak jakby należało skomasować materiał obliczony na większą liczbę stron. „Tropami cieni” pozostaje zatem dziełem pękniętym, choć miało zadatki na coś ciekawszego. Tymczasem tu i tam wyziera ukryta opcja niemiecka. Nie mniej czyta się sprawnie.