Zeydler-Zborowski Zygmunt – Koty Leokadii Kościelnej 62/2026

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Koty Leokadii Kościelnej
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Margoty Kott
LINK Recenzja Mikołaja Kwaśniewskiego
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Monika marzy o seledynowym komplecie, a major kusi wartburgiem

Leokadia Kościelna i Seweryn Podsiadły to dwoje starszych, samotnych ludzi, mieszkających na warszawskiej Starówce. Łączy ich miłość do bezdomnych kotów i opieka nad tymi czworonogami. Często spędzają czas w rejonie Barbakanu. Nieoczekiwanie ktoś morduje panią Leokadię, dusząc szalikiem. Taki jest punkt wyjścia kryminału Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego „Koty Leokadii Kościelnej”.

Po prawdzie, to mamy nie jeden, ale trzy punkty startowe, a może i więcej. W kolejnych rozdziałach autor wprowadza dalsze linie fabularne i nowe postacie. Mamy zatem Monikę, „która przewraca się na drugi bok” i spogląda na Zbigniewa Michalaka, który na potrzeby pogłębienia relacji litycznej udaje artystę, a jest listonoszem. Kolejny rozdział wprowadza Anielę oraz jej partnera Lucjana, który nigdzie wprawdzie zawodowo nie pracuje, ale za to wprowadza do obiegu fałszywe dolary. Potem pojawia się jeszcze więcej postaci i czytelnik zaczyna się nieco gubić. Ale o to właśnie chodzi autorowi. Dochodzenie obejmuje kapitan Sarnecki, ale dopiero przypadkowe pojawienie się majora Stefana Downara (na stronie 72) czyli głównego milicyjnego wygę z powieści Zeyldera-Zborowskiego nadaje „Kotom” właściwy rytym i powoli prowadzi do wyjaśnienia, kto jest kim, kto kogo udaje i jakie są relację oraz powiązania między postaciami. Słowem typowa dla autora dramaturgia. Domyślamy się, że w grupie kilkunastu przestawionych nam osób musi kryć się morderca. Okazuje się, że kilka osób było we właściwym miejscu i czasie na ulicy Wąski Dunaj (z kolei inny bohater mieszka na Krzywym Kole, co przywodzi na myśl utwór Jerzego Żukowskiego „Rozgrywka na Krzywym Kole) i mogło mieć coś wspólnego ze sprawą. Nie brakuje także porozrzucanych tu i ówdzie śladów: krążące numery fałszywych dolarów, owinięta w papier raszpla, fioletowa nitka (wspomnijmy tu tytuł nieco wcześniejszej powieści Zeydlera – „Czerwona nitka). Skąd w ogóle kwestia dolarowa? Zapewne jest to znak czasów – połowa lat 70. to apogeum epoki gierkowskiej, kiedy dolar stanowił lokatę kapitału, symbol sukcesu, jak również możliwość zakupu towarów luksusowych w Pewexie. Przypomnijmy, że handel dolarami (także prawdziwymi) był wówczas przestępstwem. Powieść jest nieźle pomyślana, ale miejscami nieco chaotyczna i aż prosiłoby się nad nią dłużej posiedzieć. Zapewne jednak, większość dzieł Zeydlera-Zborowskiego była pisana z doskoku, po kawałkach, na potrzeby odcinków w prasie. Z tego zapewne wynika nadmiar wydarzeń i postaci, gdyż w każdym odcinku musiało się coś dziać. Natomiast czyta się to nieźle, bo po prostu Zeydler miał nerw narracyjny i luki w intrydze przykrywał udanymi opisami czy intrygującymi dialogami. Taka przykładowo scenka w knajpie: „Zaprzyjaźniony kelner wykazywał dużą znajomość swego fachu. Oprócz piwa pojawiła się ćwiartka wyborowej i zimne zakąski, a potem golonka i druga ćwiartka. Jan miał dobrze Czubie, kiedy Waliczek zaproponował brudzia.” Wstępujemy do „Bombonierki”, „Popularnej”, „Pod Kurantem”, „Niespodzianki”, czy „Kameralnej”. Ostatni z tych lokali, ulubiona meta Marki Hłaski, odrodził się kilka lat temu, jako nostalgia za dawnymi czasami.
Major Downar rzuca się w wir śledztwa, odkładając na lepsze czasy spotkanie z Teresą, spacer na Wisłę i wieczór w kinie. Niestety niczego więcej o Teresie się nie dowiadujemy; ten wątek zostaje brutalnie porzucony, a mógłby coś wnieść do naszej wiedzy o życiu prywatnym oficera. Najwyraźniej jednak major zaspokaja część intymnych potrzeb na odcinku służbowym, często zresztą występując incognito i podając się za różne osoby. Wszystko oczywiście dla dobra śledztwa. Jak potrzeba, to nawet wartburgiem potrafi zaszpanować. Tak było w wypadku wspomnianej Moniki: „-Nie mam czasu. – Musi pani znaleźć chwilę czasu. Potem odwiozę panią swoim wozem. O, widzi pani tamtego niebieskiego wartburga?”
Większość akcji rozgrywa się w Warszawie, ale mamy okazję wpaść do Sochaczewa, gdzie trwają właśnie wczasy pracownicze w starych wagonach kolejowych przystosowanych do potrzeb bytowych. Innym razem jesteśmy w Ciechocinku, a nawet w bunkrze pod tą piękną miejscowością.
Oczywiście znajdujemy także delikatną pochwałę milicji, ale nie zawsze wprost: „-Nie, właściwie wcale się nie denerwuję. Dlaczegóż miałbym się denerwować. Po prostu nie jestem przyzwyczajony do rozmów z milicją . Może dlatego…-Nic nie szkodzi. Przyzwyczaicie się”. Jeden typ z półświatka mówi do kolegi: „Wiesz ty, że polska milicja jest bardzo wysoko notowana na świecie?”
Ja na tyle przyzwyczaiłem się do powieści Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, że chętnie do nich wracam. „Koty Leokadii Kościelnej” już kiedyś czytałem, ale chętnie wróciłem po latach. A impulsem była niedawna recenzja Klubowicza Mariusza Młyńskiego. Jutro, w drodze do pracy, być może przejdę przez Barbakan, Wąski Dunaj i Krzywe Koło.