Zeydler-Zborowski Zygmunt – Koty Leokadii Kościelnej 57/2026

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Koty Leokadii Kościelnej
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Margoty Kott
LINK Recenzja Mikołaja Kwaśniewskiego
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Emerytka Leokadia Kościelna zostaje we własnym mieszkaniu uduszona prawdopodobnie fioletowym szalem z którego jedna nitka znajduje się na jej sukni; na miejscu zbrodni nie ma listów od jej córki mieszkającej w USA ale w skrytce w podłodze znajdują się dolary.

Sprawę obejmuje kapitan Władysław Sarnecki; jego głównym podejrzanym staje się młody listonosz, który potwierdza podejrzenia, że z listów do emerytki wyciągał dolary, ale do morderstwa się nie przyznaje. Tymczasem ojciec listonosza, stary znajomy Downara, prosi go o pomoc w ratowaniu syna; major szybko odkrywa, że część dolarów ukrytych u Kościelnej była fałszywa i podejrzewa, że śmierć kobiety mogła być wynikiem jakichś porachunków na tle handlu fałszywą walutą. Sarnecki i Downar idą tym tropem i wpadają na ślad międzynarodowej szajki fałszerzy dolarów; nie mogą jednak rozszyfrować jaki jest w niej udział Leokadii Kościelnej.

To jest dość przyzwoity kryminał, który mógł być naprawdę dobry, gdyby nie był tak bardzo nierówny. Sama intryga wygląda dobrze i jest dość wiarygodna; szkoda tylko, że autor zbytnio skupia się na kreśleniu wizerunku Downara i w efekcie niektóre sceny pokazane są na łapu-capu. Najbardziej jest to widoczne w scenie obławy na drukarnię fałszywych dolarów: Downar mając do dyspozycji dwóch podoficerów urządza na czterech stronach akcję godną niemalże brygady komandosów. Równie po macoszemu jest potraktowany motyw Josephine Krauss, belgijskiej historyczki sztuki; średnio oczytany czytelnik kryminałów szybko domyśli się, jaka w tej intrydze jest jej prawdziwa rola, ale opis jej wyjazdu do Rumunii dziwnie się urywa; losy jej adoratora również zostają nieznane. Mamy za to długie scenki rozmów Downara z podejrzanymi osobami – major blefuje, wyprowadza rozmówców na manowce, a oni na te sztuczki się łapią; tego wszystkiego jest jednak, moim zdaniem, trochę za dużo – a, co ciekawe, nawet Sarnecki jest już zniecierpliwiony tą gadaniną Downara.

A poza tym – typowy ZZZ: ciekawe dialogi, wyraziste postacie, nienachalny humorek, złożona intryga i dość rzetelna , choć nieoczywista topografia Warszawy – tym razem musiałem poszukać na mapie ulicy Wąski Dunaj przy której mieszkała Leokadia Kościelna. Dowiadujemy się też, że Downar planuje z Teresą pójść w wolny dzień do kina lub teatru – a co się stało z Magdaleną Kujawską? Ale jest też jedno stwierdzenie, i to powiedziane dwa razy, które mogliby przemyśleć współcześni demografowie – matka trojga dzieci mówi do męża z którym gniecie się wraz z matką w jednym pokoju: „Jak się nie ma mieszkania, to się nie zakłada rodziny, to się nie płodzi tyle dzieci”; również Sarnecki słysząc użalanie się Downara nad losem tej rodziny mówi: „Coś ty się, Stefek, zrobił taki wrażliwy? Jak ktoś nie ma warunków, nie powinien zakładać rodziny”. No cóż, powieść została napisana w 1965 roku, kiedy warunki mieszkaniowe nie były zachwycające, ale z drugiej strony – czy kiedykolwiek były dobre? Albo mała ilość mieszkań albo mordercze kredyty; nie zmienia to jednak faktu, że spadek przyrostu naturalnego można wytłumaczyć opinią Sarneckiego. Ogólnie więc uważam, że książkę jak najbardziej można przeczytać ale można też przy okazji zastanowić się co by się w niej poprawiło. A jako ciekawostkę podam, że drukowano ją w odcinkach w aż sześciu dziennikach – trzy razy pod tytułem książkowym, dwa razy jako „Koty Leokadii”, a raz jako „Fioletowy szal”; co również ciekawe, książka jest bogatsza od wersji gazetowej o pierwszy, dodatkowy, choć niewiele do akcji wnoszący rozdział.