- Autor: Roy Jacek
- Tytuł: Romans ze śmiercią
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (tom 54)
- Rok wydania: 2014
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Marzeny Pustułki

Minęły dwa lata od śledztwa opisanego w poprzedniej książce Jacka Roya czyli „Czarny Koń zabija nocą”; major Szymański, zgodnie z przypuszczeniami, awansował na podpułkownika, a Arystoteles Bax, detektyw-amator przed którym pada na kolana już chyba cała polska milicja, odzyskał dla naszej ojczyzny cztery płótna Velazqueza.
Tym razem akcja toczy się w świnoujskiej dzielnicy Przytór: Eryk Bauer, płetwonurek z NRF, zostaje śmiertelnie ugodzony nożem w plecy podczas nurkowania w jeziorze Wicko Wielkie. Bauer był inżynierem ze stoczni w Hamburgu i na zatopionym w jeziorze okręcie podwodnym przeprowadzał eksperymenty z aparatem do cięcia metalu; towarzyszyła mu grupa Polaków: rodzina rybaków, docent i student z WSM w Szczecinie oraz żeglarka. W sprawie była interwencja ambasady niemieckiej, więc zostaje do niej wyznaczony podpułkownik Szymański.
Przyznam, że czytaniu tej książki towarzyszyło mi uczucie zażenowania; po prostu pokazany tu wizerunek stróżów prawa, moim zdaniem, uwłacza mundurowemu etosowi. Pomijam już fakt, że sprawą zajmuje się podpułkownik, bo Szczęsny, Downar czy Kaczanowski swoje najbardziej efektowne śledztwa prowadzili będąc tylko o jeden stopień młodszymi; rozczuliła mnie jednak scena, kiedy zmęczony Szymański, nie mogąc otrzymać choćby dwóch dni wolnych, idzie do milicyjnego lekarza – no cóż, taki proceder jest tajemnicą poliszynela, sam znam lekarza, który zawsze mówił, że rozumie problemy służb mundurowych, ale oficjalne pisanie o tym jest chyba nie na miejscu. Szymański chwali się, że aktualnie podlega mu około trzydziestu ludzi: major, dwóch kapitanów, siedmiu poruczników i grupa podoficerów – ale kiedy dowiaduje się, że w Szczecinie na konferencji naukowej przebywa Arystoteles Bax, z zawodu doktor filologii angielskiej, a z zamiłowania detektyw, wręcz przebiera nóżkami ze szczęścia, bo wie, że jego przyjaciel sam wyjaśni tę sprawę. Po co więc w Szczecinie liczący „około trzydziestu ludzi” Wydział Zabójstw, skoro wystarczy zatrudnić jednego detektywa-pasjonata, spełniać jego zachcianki i po prostu czekać, aż zamelduje o wykonaniu zadania? Zdaję sobie sprawę z tego, że taka widać była licentia poetica autora, ale, przyznam, że ja będąc milicjantem i czytając takie sensacje czułbym się podle.
Sam Arystoteles Bax nie wzbudza we mnie ani odrobiny sympatii: jest nieznośnie aroganckim narcyzem, który chce się chyba wzorować na Herkulesie Poirot – myślę jednak, że belgijski detektyw mógłby pęknąć ze śmiechu, gdyby zobaczył jak jego polski odpowiednik został wystrychnięty na dudka przez kobietę, która przez tydzień omotała go jak dojrzewającego chłopca wciągając go do łóżka. Ale „poza tym – nie było o czym gadać; tylko laik i facet spoza branży mógł nie znać roli, jaką odgrywał w polskiej kryminalistyce młody poliglota z Warszawy”; nie ma się więc chyba co dziwić, że nawet przełożony Szymańskiego wręcz błaga swojego podwładnego o to, namówił tego asa do współpracy. Jakie są jednak jego uprawnienia? A czy to jest w ogóle ważne? W efekcie ten gigant polskiej kryminalistyki trojgu Niemcom zakazuje opuszczania Polski, a na przytomnie zadane mu pytanie czy to nie jest aby bezpodstawne, oskarża pytającego, że się na tym nie zna. No cóż, ja na miejscu tych Niemców skontaktowałbym się z ambasadą – i w końcu ta ambasada sama wykazuje pewne zniecierpliwienie, prokuratura również dziwi się, że milicja przekazała sprawę nieprofesjonaliście i w efekcie „stary robił co mógł, trochę łgał, trochę zasłaniał się dobrem dochodzenia – ale przecież nie chcieliśmy, bo nie wypadało, ponaglać znakomitego detektywa, który, po pierwsze: nie znosił wtrącania się w swoją robotę, po drugie: co tu mówić, i tak nam poszedł na rękę”.
Czytałem i oczom nie wierzyłem. A może dlatego nie można rozszyfrować, kto stoi za pseudonimem Jacek Roy, bo autor nie chce się przyznawać do takich dyrdymałów? Owszem, wspomniany Herkules Poirot często współpracował z policją ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek traktował ją z taką nonszalancją, a czasami wręcz pogardą – znajdujemy tu bowiem kilka pogardliwych wypowiedzi na temat świnoujskiej milicji. Nie ma się więc chyba co dziwić, że ta powieść zginęłaby w rocznikach „Nowin Rzeszowskich”, gdyby nie została w 2014 roku wskrzeszona – pytanie tylko: po co?
