Raymond Chandler – Czysta robota 221/2026

  • Autor: Raymond Chandler
  • Tytuł: Czysta robota
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Rok wydania: 1988
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Śmierć od pierwszego wejrzenia

Opowiadanie Raymonda Chandlera „Czysta robota” powstało w roku 1934 i był to chronologicznie drugi utwór opublikowany przez przyszłego mistrza czarnego kryminału. Do debiutanckiej powieści „Głęboki sen” mamy jeszcze pięć lat, w czasie których Chandler szlifuje styl i buduje postać głównego bohatera swoich dzieł, czyli Filipa Marlowe. Tu zaś jeszcze go nie ma. Zamiast Marlowa jest jego protoplasta czyli John Dalmas.

Detektyw ów zostaje wynajęty do ochrony pewnego trzeciorzędnego reżysera – Dereka Waldena, który jest szantażowany. Problem w tym, że Walden nie bardzo chce podzielić się z detektywem szczegółami sprawy. Szybko okazuje się zresztą, że nie ma to większego znaczenia, gdyż Walden zostaje znaleziony martwy w pokoju hotelowym. Ktoś upozorował samobójstwo, ale na tyle nieudolnie, że Dalmas zaraz odkrywa oszustwo. Okazuje się, że denat był mańkutem, a trzymał rewolwer w prawej dłoni. Numer na pistolecie został spiłowany, a drugi – w środku, już nie. Dalmas dociera do osoby, która nabyła broń, ale ta …nie żyje od roku. Żyje natomiast żona posiadacza feralnego rewolweru. Problem w tym, ze pani Helena Dalton nie chce gadać, I tu mamy kawałek błyskotliwej ironii, z której między innymi zasłynie Chandler: „- A pamięta pani jeszcze, ze kiedyś była pani żoną Darta Burwarda, którego sprzątnęli w kwietniu tego roku…czy to może za stare dzieje?” Kontaktując się z panią Dalton Dalmas trafia na ślad niejakiego Johna Sutro, który jest lokalnym radnym i trzęsie okolicą, twierdząc, że na jego terenie wszyscy grają tak, jak Sutro zagra. A zatem mamy, znane z późniejszych dzieł Chandlera przenikanie się świata przestępczego ze światem polityki. Pozostaje jeszcze trzeci gracz czyli policja. Tu tez nie wszystko jest oczywiste i jednoznaczne. W ten oto sposób powstają zręby gatunku, który znamy obecnie jako czarny kryminał. Mroczne i niejasne relacje między ludźmi z różnych kręgów, ich ciemne interesy i nieoczywiste motywacje działań – oto zagadnienia, w które musi wnikać Dalmas, wykonując swoją robotę, która bynajmniej nie jest czysta. To raczej codzienne babranie się w brudach, a czystość to oczywiście ironia. Określenie zresztą okazało się na tyle nośne literacko, że obok zbioru opowiadań Raymonda Chandlera ukazał się się także zbiór Fredericka Forsytha pod tym samym tytułem. Namiętności przeplatają się z szantażem, handlem narkotykami i alkoholem. Świat przypomina pole minowe, gdzie każdy krok może grozić śmiercią, a atmosfera jest tak gęsta jak kurczak po koreańsku w podrzędnym barze w kuchnią wschodnią w Mińsku Mazowieckim. W zasadzie w każdym opowiadaniu Raymondach Chandlera dzieje się tyle, co w późniejszych powieściach tego autora i trupów też wszędzie mamy po kilka. Nie ma specjalnej przesady w twierdzeniu, że opowiadania Chandlera to w zasadzie krótkie powieści, jak sam zwykł to określać, a potem wykorzystywać ich treść jako szkielet własnych powieści. W dłuższych formach mistrz czarnego kryminału pogłębiał warstwę psychologiczna i więcej miejsca przeznaczał na roztrząsanie motywacji postaci. Schemat jest taki, że to detektyw będący nośnikiem narracji potyka się o kolejne trupy lub jest uczestnikiem krwawych wydarzeń, z których wychodzi cało, ale zwykle poobijany. W ten sposób zdefiniowany zostaje świat bez złudzeń, a niemal wszyscy mają cos na sumieniu. W tym sensie John Dalmas za chwile stanie się Filipem Marlowem, gdyż to w zasadzie ta sama postać, która zyskała jedynie większą samoświadomość mroków egzystencji i konstatację, że innego świata niż ten utopiony w półmroku, nie ma. Każdego dnia na powrót detektyw próbuje uzyskać możliwy do zniesienia obraz rzeczywistości, ale im bliżej wieczora, tym bardziej obraz rozpada się na wiele kawałków, zupełnie jak mój egzemplarz „Czystej roboty”, grupujący sześć opowiadań, w tym tytułowe. Klejenie książek w końcu lat 80. było fatalne i wystarczyło otworzyć dowolny tom w serii z Jamnikiem lub innej, byśmy za chwilę mieli książkę w dwóch lub więcej kawałkach. A po lekturze w kilkunastu. W sposób symboliczny obrazowało to także sytuację społeczno-polityczna kraju. PRL miał się ku końcowi i też rozpadał w coraz szybszym tempie. Wniosek z tego taki, że trzeba mieć pod ręką dwa egzemplarze opowiadań Chandlera – jeden do lektury, drugi jako eksponat na półkę. A najlepiej to zaopatrzyć się się w wydany przez nieocenione wydawnictwo „C&T” „Angielskie lato”, gdzie też mamy to opowiadanie.

„Czystej roboty” można także posłuchać, gdyż istnieje w formie słuchowiska Teatrzyku Zielone Oko. Oczywiście jest nie jest ono wolne od skrótów i zmian, a w końcówce zabrakło istotnego akcentu – komisarz Cathart nie proponuje Dalmasowi kielicha na zwieńczenie sprawy. To wręcz wypacza ideę utworu, a przecież nawet w powieściach milicyjnych często śledztwo kończy się lampką koniaku na komendzie.