- Autor: Jeffrey Archer
- Tytuł: Czy powiemy prezydentowi? (Shall We Tell the President?)
- Wydawnictwo: Czytelnik
- Rok wydania: 1983 (wyd. I)
- Nakład: 120320
- Recenzent: Robert Żebrowski

Idy marcowe na Kapitolu, czyli sporo grubych ryb w mętnej wodzie
Jeffrey Archer (ur. 1940) to pisarz angielski. Jego powieść „Czy powiemy prezydentowi?” pochodzi z roku 1977. Recenzowana pozycja liczy 247 stron, a jej cena okładkowa to 100 zł. Pytanie zawarte w tytule pojawia się w powieści czterokrotnie, w tym jako ostatnie zdanie w całej książce.
Akcja toczy się w USA, w Waszyngtonie w Dystrykcie Kolumbii, a chwilowo też w McLean w Wirginii i Miami na Florydzie, w dniu 20 stycznia 1985 roku oraz od 5 do 13 marca 1987 roku.
Edward Moore Kennedy złożył przysięgę prezydencką i tym samym został czterdziestym czwartym prezydentem Stanów Zjednoczonych [w realu żył w latach 1932-2009, przez 47 lat był senatorem, nigdy nie był prezydentem, w roku 1980 startował w prawyborach prezydenckich w Partii Demokratycznej o nominację prezydencką, ale przegrał z urzędującym prezydentem – Jimmym Carterem]. Walkę o fotel wygrał z kandydatem Republikanów, którym był George Bush, a zastąpił na nim Ronalda Reagana [de facto to Reagan wygrał wybory w roku 1985, pokonując Waltera Mondale’a]. Nad jego bezpieczeństwem czuwała Tajna Służba, której szefem był Stuart Knight, wspomagana przez policję, FBI i CIA.
Dwa lata później szef Waszyngtońskiego Biura FBI – Nick Stames (z rodu greckich Stamatakisów), któremu podlegało dwanaście brygad kryminalnych i dziesięć politycznych, otrzymał informację od porucznika Dave’a Blake’a z policji miejskiej, o tym, że w szpitalu Woodrowa Wilsona przebywa niejaki Angelo Casefiks, Grek, z raną postrzałową nogi, który żąda rozmowy z szefem FBI, twierdząc, że ma mu coś bardzo ważnego do przekazania, co może mieć przykre konsekwencje dla całego kraju. Po konsultacji z Grantem Nanną, koordynatorem brygad kryminalnych, Stames polecił wysłać do szpitala agentów specjalnych Barry’ego Colverta oraz Marka Andrewsa, którzy byli kolegami już od czasów Akademii FBI w Quantico. Przyjęła ich tam doktor Elizabeth Dexter, prywatnie córka senatora Dextera, która Andrewsowi od razu wpadła w oko. Pacjent Casefiks przebywał w pokoju z całkowicie głuchym Benjaminem Reynoldsem. Grek był kelnerem w jednej z waszyngtońskich restauracji. Po dwóch tygodniach jego pracy tam, z restauracją skontaktował się jakiś człowiek i zażyczył sobie wynajęcia do obsługi bankietu kelnera, który nie mówi po angielsku. Wyznaczono Casefiksa, choć ten trochę po angielsku rozumiał, lecz miał się tym nie zdradzić. W czwartek 26 lutego 1987 roku zawieziono go do hotelu Georgetown Inn. Obsługiwał tam kilku mężczyzn, wśród których był jakiś senator. Z prowadzonej przez nich rozmowy zrozumiał, że dwunastego marca planują pozbyć się prezydenta Kennedy’ego. Niedługo potem jeden z tych ludzi, gdy kelner był na zmywaku, powiedział do niego coś po angielsku, a kiedy ten zareagował, rzucił się na niego. Grek zaczął uciekać. Udało mu się to, choć został postrzelony. Ukrył się poza miastem, a po kilku dniach udał się do szpitala.
FBI poważnie, choć nie bezkrytycznie, przyjęło te informację. Policji polecono ustawić funkcjonariusza przed drzwiami sali, w której przebywał Casefiks, a agenci biura zajęli się potwierdzaniem tożsamości Greka. Stames zapisał się na następny dzień na rozmowę z dyrektorem FBI. Andrews miał wrócić do szpitala, a Colvert odwieźć szefa do domu. Po przybyciu do szpitala, Andrews stwierdził, że policjant jeszcze nie dotarł. Kiedy wszedł na salę stwierdził, ze zarówno Casefiks jak i Reynolds mają poderżnięte gardła. Mark powiadomił o tym Wydział Zabójstw. Nie mógł natomiast skontaktować się ze Stamesem, który wyjechał z pracy, ale nie dojechał do domu. Nie wiedział jeszcze, że zarówno szef jak i Colvert zostali na parkwayu specjalnie staranowani i wraz ze sprawcą tego wypadku spoczywają na dnie Potomacu. Kiedy się już o tym dowiedział, postanowił iść na umówione przez Stamesa spotkanie z dyrektorem FBI – H.A.L. Tysonem (dopiero na przedostatniej stronie dowiadujemy się, jakie było jego imię). Ten polecił mu wziąć urlop, a na nim … zająć się sprawą planowanego zamachu, a kontaktować się tylko i bezpośrednio z nim. Jednocześnie wyznaczył dwóch agentów – Kevina O’Malleya i Pierce’a Thompsona, by mieli Andrewsa na oku.
Autor dość szybko przedstawił nam grupę zamachowców. Byli to: Sycylijczyk Tony Loraido – wspaniały kierowca, prowadzący drugi wóz w akcji na parkwayu, Xan Tho Huk – ob. Japonii, a Wietnamczyk z pochodzenia – strzelec wyborowy, który przestrzelił opony w Fordzie FBI, oraz Ralf Matson – były agent FBI, który dokonał morderstw w szpitalu. Niemiec Hans Dieter Gerbach zginął w wypadku na parkwayu. Mózgami operacji byli: Peter Nicolson vel Piotr Nocolaivich – milioner z Południa, który dorobił się na handlu bronią, a także pewien senator X lub Kasjusz – jak kto woli. Kennedy miał zginąć w czasie, kiedy 12 marca przyjechałby przed Kapitol, by wygłosić w nim przemówienie. Egzekutorem, czyli Brutusem, miał być Xan ukryty w małej, krytej platformie największego w Ameryce dźwigu stojącego na pobliskiej budowie. Powodem, dla którego prezydent miał zginąć była zgłoszona przez niego ustawa jego autorstwa o kontroli broni palnej, ograniczająca handel nią, która miała być w senacie głosowana 12 marca. Tak więc to on miał być Juliuszem, choć taki akurat kryptonim wybrał sobie szef Tyson (w końcu jechali na jednym wózku).
Jeśli ktoś myśli, że zdradziłem zbyt dużo, to uprzejmie informuję go, że w tym miejscu – a jesteśmy na stronie 91 (na 247 wszystkich) – akcja dopiero zaczyna się rozkręcać, a kolejne trupy jeszcze się pojawią.
Amerykanizmy: samochód prezydencki Pontiac GTO [produkowany w latach 1963-1974, nigdy nie był samochodem prezydenckim, w drugiej połowie lat 80. rolę tę pełnił Cadillac Fleetwood Brougham], Lincoln, Buick, Mercedes i Fiat, gazety – „Washington Post”, „New York Times”, „Boston Globe”, „Los Angeles Time” i „Miami Herald”, telewizje – CBS, NBS i ABC, konkurencyjne wobec siebie Coca-Cola i Pepsi-Cola.
Ciekawostka: szprycer – białe wino, pół na pół z wodą sodową i mnóstwem lodu.
Fabuła jest niezła i trzyma w napięciu prawie do samego końca. Nie ma tu jakichś wielkich fajerwerków, ale śledztwo w sprawie tożsamości Kasjusza jest interesujące. Autor zafundował czytelnikom prawdziwy spacerownik po Waszyngtonie. Gdyby powieść była „milicyjniakiem” nasz Prezes miałby ogromne pole do popisu, chcąc urządzić spacer (plus przejazdy autem i metrem) po miejscach opisanych w książce. Jednak powód, dla którego sięgnąłem po tę pozycję jest zupełnie inny. Jaki? Naprawdę niezwykły. Wyjaśnię to wkrótce, w recenzji drugiej książki tegoż autora, bo są one ze sobą w niesamowity i niespotykany sposób powiązane.
