- Autor: Piecuch Henryk
- Tytuł: Królestwo na Podhalu. Złote szlaki
- Wydawnictwo: KAW
- Ekspres Reporterów
- Rok wydania: 1986
- Nakład: 100350
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

Niebezpieczny los treibera
Henryk Piecuch, jak sam podaje, jest autorem 100 książek napisanych w latach 1980-2025.
Są to publikacje historyczne, reportaże, wreszcie utwory czysto sensacyjne. Nas interesuje ta ostatnia kategoria. I tu warto wymienić dwa tytuły wydane w Labiryncie – „Czas szpiegów i „Portret szpiega”, oba z lat 80.
Zapewne w tej serii mogłoby znaleźć się jeszcze kilka innych powieści Piecucha, ale jak wyjaśnia autor, przedstawiał on kolejne propozycje wydawnictwu MON i nie miał wpływu na sposób ich publikacji. To już zależało od redakcji. Piecuch przez całe życie zawodowe był związany z Wojskami Ochrony Pogranicza skąd odszedł na emeryturę w stopniu pułkownika. Reportaż „Król Podhala” traktujący o przemytnikach został umieszczony w tomie „Ekspresu reporterów” z roku 1986. Mamy tu interesujący opis działań głównych grup przemytniczych z Podhala za czasów późnego PRL-u, co ciekawe jedną dowodzi mężczyzna znany jako Król Podhala, a drugą dwie kobiety. A do tej trudnej roboty trzeba mieć charakter, gdyż już w pierwszym zdaniu reportażu dowiadujemy się, że przemytnik to charakter bardziej niż zawód. I jest to w zasadzie definicja samego Piecucha – pisarza i pogranicznika w jednym. Tekst zresztą, gdyby nie wstawki definicyjnie, czyta się się jak utwór sensacyjny, miejscami przywodzący na myśl „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, do której to słynnej powieści Sergiusza Piaseckiego widzimy wyraźny ukłon. Prawdziwym mężczyzną można się stać dopiero wtedy, gdy nielegalnie przekroczy się granicę i powróci z towarem do przemytu. Narracja zaraz przenosi nas do trzyosobowej grupy przemytników. Każdy z trójki ma plecak, ale tylko w jednym jest trefny towar, zresztą przemycający go nie są pewni co zawiera. Później dowiemy się, że to sztabki złota. A co jeszcze przemycano – na przykład krugerandy czyli produkowane w RPA słynne monety, które swą nazwę wzięły od jednego z przywódców tego kraju, niejakiego Krugera oraz słowa rand, które stanowiło tam jednostkę płatniczą. Swoją droga w roku 1999 powstał u nas film sensacyjny „Krugerandy”, z Dorocińskim i młodym Stuhrem w obsadzie. No, ale tu chodziło o wchodzeniu w dorosłe przestępcze życie. Może zresztą, paradoksalnie można by tu znaleźć jakieś związki i rodzeniu się mitycznej męskości. Wróćmy do naszego reportażu. Przemycano także srebro, samochody oraz…konie. Różne waluty oraz dzieła sztuki. Nasi trzej wspomniani mężczyźni to jedynie wykonawcy poleceń, idący na robotę za z góry ustaloną stawkę. Orientując się jednak w wartości przemytu chcą większego udziału. Król Podhala zgadza się pod presją, ale potrafi też oszukać swoich podwładnych. Z kolei Magdalena Bajerczyk oraz jej przyjaciółka Anna Gęgawska to baby kute na cztery nogi. Za nic nie chcą uwierzyć chłopakom, że w wyniku wsypy towar został utracony. Nie dają wiary, że postrzelenie jednego z uczestników przemytu faktycznie miało miejsce, mimo że rana jest prawdziwa. Jak widzimy, w tej trudnej branży ma miejsce wielopiętrowa gra i każdy każdego chce oszukać, by zyskać jak najwięcej.
Do wnętrza struktur przemytniczych usiłuje przeniknąć milicja. Wysyła dwoje funkcjonariuszy udających turystów., którzy jednocześnie sugerują, że mają możliwość pomocy w odzyskaniu ważnej koncesji. Tu ryba chwyciła haczyk: „-Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? – zapytała. – Zawsze łatwiej znaleźć wspólny język z kobietą. Nie pożałuje pani. Zaręczam, jestem bogaty.” I jak tu funkcjonariuszka Milicji Obywatelskiej ma się obronić?
Jak widzimy reportaż jest wielowątkowy , łączy fabułę z elementami dokumentu i nawet popularnej prelekcji. Wszystko to wprowadza pewien chaos i gatunkową niespójność. Piecuch chciał pomieścić bardzo rożne sprawy w zdecydowanie zbyt krótkim tekście. Materiału jest tu bowiem na całą powieść lub tom literatury faktu. Natomiast, mimo tego bałaganu, czyta się ciekawie. Pozostaje niedosyt Oczywiście całość wieńczy wielki sukces służb, bo jakże mogłoby być inaczej. Przy okazji poznajemy kilka nowych słów: treiber — osoba wynajęta do przemytu; filanc – strażnik parkowy.
