Strzelczyk Andrzej – Zlecenie 276/2026

  • Autor: Strzelczyk Andrzej
  • Tytuł: Zlecenie
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1989
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

Raz na jakiś czas zdarza mi się trafić na książkę, która jedyne, co po sobie pozostawia, to złość – po prostu człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że zmarnował kilka godzin życia. Zacznijmy od podstawowego pytania – co wiemy o Andrzeju Strzelczyku, oprócz tego, że swój ślad w historii literatury pozostawił tym nieszczęsnym „Zleceniem” oraz jednym zeszycikiem z serii „Ewa wzywa 07”? Autor sam o sobie pisze, że ma za sobą całe lata praktyki reporterskiej i w związku z tym uznał, że najwyższy czas „żeby napisać kryminał i wreszcie odkuć się finansowo”; w końcu „nie sądziłem, aby można go było napisać gorzej, niż czyni to naszych dwóch najpopularniejszych autorów tego gatunku”. Niestety, „rzecz okazywała się trudniejsza, niż mogłem przypuszczać. Okazywało się, że nie mam wyobraźni”; pojawił się więc pomysł przejścia „na pomysł reportażu w rodzaju Trumana Capote. Musiałem upolować coś na wyłączność”. I przy pomocy kapitana Ryszarda Morsztyna, dawnego kolegi ze studiów, udaje się autorowi zakręcić w okolicy Seweryna Derkacza, największego rekina polonijnego biznesu, który jest wobec rodziny bardzo apodyktyczny; jego dzieci mają poważne kłopoty finansowe i śmierć ojca byłaby im bardzo na rękę.

I mogła być z tego jakaś poważna psychodrama; autor postanowił jednak pójść chyba w każdą możliwą stronę i w efekcie powstał jeden wielki chaos. Mamy tu więc kręcącego się w okolicy prywatnego egzekutora, który sam proponuje zlikwidowanie Derkacza za dwadzieścia tysięcy dolarów; mamy jego szemraną przeszłość związaną z transferowaniem dolarów do USA; mamy rodzinną sagę obracającą się głównie wokół wzajemnych zdrad – a wszystko skąpane w morzu alkoholu, swobodnym seksie i jednym wielkim zakłamaniu. Owszem, jest tu też trochę celnych spostrzeżeń dotyczących realiów transformacji ustrojowej końca lat osiemdziesiątych; jest trochę ekonomicznej publicystyki; jest trochę prawdy czasu na temat funkcjonowania w Polsce firm polonijnych – ale to są tylko elementy chaotycznej układanki. Pytanie tylko, czy autor nie oparł tej powieści na faktach – chwilami odnosi się takie wrażenie, że jego reporterska wiedza jest dość duża; wszystko jednak kieruje się ku jakiejś grotesce czy anegdotkom napisanym sarkastycznym językiem. Ta książka to jeden wielki bałagan – nie wywołuje ona żadnych emocji, choć trupów pada tu aż pięć; po prostu pozostawia ona czytelnika całkowicie obojętnym wobec dziejącej się akcji. Ale w pewnym sensie ta powieść jest świadectwem epoki – wydaje mi się, że na przełomie lat 80. i 90. nie napisano w Polsce dobrego kryminału i „Zlecenie” jest na to kolejnym dowodem. Szkoda tylko, że aby się o tym przekonać musiałem stracić kilka godzin życia – a tymczasem Joseph Conrad, Ernest Hemingway i Stanisław Lem niedługo zaczną na mnie krzyczeć, że o nich zapomniałem…