- Autor: Kodym Wiesław, Nowak Edward
- Tytuł: Tycjan przekracza granicę
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (wolumin # 91)
- Rok wydania: 2016
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

Póki co, Tycjan wisi na Wawelu
Jeżeli należysz do zagorzałych czytelników polskiej powieści milicyjnej, to koniecznie musisz sięgnąć po książkę spółki autorskiej W. Kodyma i E. Nowaka „Tycjan przekracza granicę”. Utwór ten bowiem będzie sprawdzianem Twojej pasji. Nie da się bowiem ukryć, że to dzieło naiwne, czwartoligowe i wyraźnie pisane na kolanie, zapewne jako dziennikarska chałtura na potrzeby „Sztandaru Młodych” w roku 1965.
Szajka krakowskich przemytników obrazów (temat znany z innych książek – np. „Koneser” Kaczmarczyka oraz filmów – np. „Vinci”), dowodzona przez Jana Sokolskiego i jego popychla Piotra prezentuje się niczym gang Olsena wrzucony w czas gomułkowskiej szarzyzny . Herszt zgromadził w niejasny sposób kilka płócien mistrzów polskich oraz jednego Tycjana i chce to wszystko opchnąć hurtem jakiemuś Włochowi. Nic dziwnego, jak Tycjan, to tylko dla Włocha. Cała akcja książki skupia się na jednym problemie – jak wywieźć obrazy z naszej ojczyzny i dostarczyć odbiorcy. Serwowane czytelnikowi rozmaite związane z tym perturbacje ciągną się przez dziesiątki stron i zaskakują indolencją i nieudolnością przestępców. A to trzeba zdobyć świadectwa potwierdzające autentyczność dzieł, ale wykonujący je profesor oddaje jeden z obrazów jakieś pani hrabinie. „Tycjan” zresztą zaczyna się od relacji tejże ze służącym Franciszkiem i mamy wrażenie, że jesteśmy w okowach międzywojennego romansu dla pensjonarek. Szef bandy wpada na myśl, żeby jako kuriera do przemytu użyć znajomą – Alicję. Przystępuje do zadania z wdziękiem godnym kowala: 'Adam znał swoją wartość. Wiedział, że jest przystojnym mężczyzną, wiedział też, że jego samochód, jego willa, robią wrażenie na kobietach. Założył, że muszą zrobić wrażenie także na Alicji”. No cóż, gdyby taki wątek pojawił się u Zeydlera-Zborowskiego, poszlibyśmy w piękna groteskę; u Kłodzińskiej w w lekką mizoginię; u Edigeya w determinację; u Sekuły w namysł nad kobietami w ogóle. Natomiast u Kodyma i Nowaka mamy jedynie narracyjnie niewykorzystaną szansę. Tym bardziej, że Alicji nie udaje się namówić na udział w przemycie. Dodatkowo szef zwraca na siebie uwagę milicji. Wychodzi na jaw, że ma niejasną przeszłość sięgającą nawet czasów wojny, a obecnie nigdzie nie pracuje i nie bardzo wiadomo z czego żyje. Ten topos jest w oczach organów ścigania więcej niż oczywisty. Adam Sokolski jest typem niezwykle podejrzanym, ot co. W końcu szajka wpada na pomysł, kim się posłużyć i jak to zrobić. Gang Olsena wykonałby to lepiej. Wyraźny rozziew między planem, a jego wykonaniem , co poznajemy z drobiazgowych opisów, budzi nasze wielkie rozbawienie i powoduje, że mamy ogromną, choć zapewne niezamierzoną, uciechę z lektury. Uciecha większa, niż nieporadność autorów. Drugą zaletą utworu jest pchnięcie czytelnika w malarstwo. Zastanawiamy się, kim w ogóle był ten Tycjan i czy jakiś jego obraz przebywa obecnie w Polsce, i czy można go zobaczyć. Na tę kwestię (czyli osobę Tycjana) zwrócił zresztą celnie uwagę Klubowicz Robert Żebrowski (recenzja 2/2026). Otóż mamy jednego Tycjana – „Alegoria miłości” , jest na Wawelu. W roku 2023 można było to dzieło oglądać na wystawie w Zamku Królewskim w Warszawie. Ach, gdybym przeczytał dzieło Nowaka i Kodyma kilka lat wcześniej!!! A przecież mogłem, ponieważ w formie książkowej „Tycjan przekracza granicę” ukazał się, staraniem Klubu MOrd już w roku 2016, a zatem przed 10 laty i 59 lat od pierwodruku prasowego.
Jest także w tej książce piękna myśl, której nie powstydziłby się sam Paulo Coelho: „Są zawsze dwa wyjścia: albo ja do kogoś idę, albo ktoś przychodzi do mnie…”. Myśl warta wielkiej admiracji i zapisania, by móc przywoływać w stosownych sytuacjach życiowych. Natomiast na pewno nie warto pochwalać wypijania kieliszka koniaku jednym haustem. Mamy tu taki przypadek i jest to zbrodnia w biały dzień. Wszak koniak leży ogrzewać, trzymając kieliszek w dłoni, i smakować po małym łyczku.
W toku lektury trafiamy także na dialog, którego nie powstydziłby się żaden mistrz gatunku i brałby go w ciemno: „-Głowa mnie boli. Mam kaca. W takiej sytuacji tylko jedno ratuje człowieka – mała szklaneczka do żołądeczka, jak mawiają kelnerzy. -Idź do diabła z tą kelnerską poezją. Nie mam dziś nastroju. -Ja cię nastroję. W tej dziedzinie nie mam konkurencji. Chcesz się przejechać do mnie?”
Akcja rozgrywa się głównie w Krakowie, ale mamy także epizod w Warszawie i podróż ulicą Towarową, a następnie Alejami Jerozolimskimi. A zatem zacny wątek varsavianistyczny.
„Tycjan przekracza granice” to z całą pewnością bardzo kiepski kryminał, a jednocześnie książka, którą bardzo warto przeczytać. Mam nadzieję, że powyższa recenzja uzasadnia tę drastyczną konkluzję. A zaręczam, że nie wykorzystałem w niej wszystkich intrygujących czytelniczo elementów.
