- Autor: Albrecht Joanna
- Tytuł: Gdzie jesteś, Jane?
- Wydawnictwo: KAW
- Seria: Czerwona Okładka
- Rok wydania: 1988
- Nakład: 120350
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Katarzyny Piwowarczyk-Atys

Z londyńskich doków świętej Katarzyny zostaje wyciągnięty wrak samochodu; w nim na miejscu pasażera znajdują się zwłoki Anny Wortman. Świadkiem wyciągania wraku jest Stan Borecki, były kapitan, a obecnie właściciel małej stacji benzynowej; między płytami chodnika udaje mu się znaleźć należący do denatki kolczyk z szafirem.
Wkrótce Borecki wyjeżdża do Polski do chorego brata; po pięciu miesiącach wraca i dowiaduje się, że właścicielka utopionego w dokach samochodu, modelka Mary Kent, została skazana na dziesięć lat więzienia, gdyż po pijanemu prowadziła ten samochód, we mgle pomyliła drogę i wjechała do doku. Jej obrońca uważa jednak, że ona kogoś osłania; podejrzewa też, że paszport Anny Wortman nie jest autentyczny i dlatego prosi Boreckiego o pomoc w wyjaśnieniu sprawy.
Wkrótce do Boreckiego przychodzi list – emerytowany generał Edwin Preis prosi go o odnalezienie córki Jane, która przed pół roku wyjechała z ekspedycją archeologiczną do Australii. Wiceprezes Towarzystwa Archeologicznego twierdzi, że dziewczyna wyjechała z Australii przed zakończeniem badań, gdyż otrzymała telegram o chorobie ojca; Borecki u boku Scotland Yardu zaczyna badać obydwie sprawy i stwierdza, że się one ze sobą wiążą…
… co chyba było jasne od samego początku – okazuje się, że wystarczyło zajrzeć do wydziału paszportowego. Wygląda więc na to, że Scotland Yard przespał pół roku, a z kolei Stan Borecki myślał, że podobieństwo Anny Wortman do Jane Preis to nieistotny szczegół; wystarczyło też sprawdzić listy pasażerów – skoro obrońca Mary Kent twierdził, że paszport Anny Wortman wydaje mu się podejrzany, to wystarczyło zobaczyć skąd leciała osoba o takich personaliach. No, ale to ja muszę podpowiadać? Owszem, istnieje szkoła zakładająca, że czytelnika się dowartościuje, kiedy ponad głowami bohaterów domyśla się rozwiązania intrygi, ale myślę, że w przypadku kryminałów ta teoria jest dość ryzykowna. To po prostu pokazuje, że Joanna Albrecht sztuki pisania kryminałów nie posiadła – samo założenie intrygi było niezłe, rozwinięcie również jeszcze jako tako się trzymało, ale już finał… Ten typ literatury ma pewne zasady – przede wszystkim nie można robić z czytelnika bałwana; trzeba przyjąć, że ma on swój rozumek i nad pewnymi rzeczami się zastanowi. Książka toczy się dla samego toczenia; autorka, niestety, nie umie stworzyć napięcia i pisze po prostu od scenki do scenki. Myślę więc, że szkoda na tę książkę czasu; skoro spadło dużo śniegu, to chyba lepiej wyjść na świeże powietrze i ulepić prawdziwego bałwana niż pozwolić zrobić go z siebie.
