Edigey Jerzy – Zdjęcie z profilu 500/2025

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Zdjęcie z profilu
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria: seria z Tukanem
  • Rok wydania: 1984
  • Nakład: 30000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Wiesława Kota

Muszę przyznać, że dawno mnie żadna książka tak nie zirytowała jak „Zdjęcie z profilu”; po prostu nie lubię, kiedy robi się ze mnie idiotę. I najgorsze jest to, że Jerzy Edigey chyba nigdy wcześniej nie próbował aż do takiego stopnia wyprowadzać czytelników na manowce; nie wplatał też tak jawnie elementów polityki i nie był tak nieznośnie wtórny.

W kancelarii adwokata Mieczysława Ruszyńskiego pojawia się oto Stanisław Wróblewski, inżynier z Biura Projektów; jego znakiem charakterystycznym jest specyficzne znamię na prawym policzku. Mężczyzna przynosi ze sobą książkę Józefa Barańskiego „Przeżyłem piekło i Oświęcim”; w niej na jednym ze zdjęć znajduje się gestapowiec uderzająco podobny do Wróblewskiego – na jego policzku znajduje się nawet identyczne znamię. Przez to zdjęcie mężczyzna jest szykanowany i bojkotowany w pracy; sugeruje ono bowiem, że jest na nim Richard Baumvogell, szef gestapo w Bradomsku. Ruszyński namawia Wróblewskiego, by zgłosił się do podpułkownika Janusza Kaczanowskiego, który ma możliwości wyjaśnienia sprawy.

Zakład Kryminalistyki po zrobieniu zdjęć i przeprowadzeniu badań antropologicznych ustala ponad wszelką wątpliwość, że Stanisław Wróblewski i Hauptsturmführer Richard Bauvogell to jedna i ta sama osoba; mężczyzna twierdzi jednak, że w Bradomsku nigdy nie był, a jako świadectwo swojej niewinności opowiada o swoim szlaku bojowym od Lublina do Kamienia Pomorskiego i mówi, że był dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i raz Virtuti Militari – problem tylko w tym, że nikt nie potrafi potwierdzić jego działalności w akowskiej partyzantce. Wróblewski zostaje tymczasowo aresztowany, a Kaczanowski postanawia dowiedzieć się o nim czegoś więcej; pułkownik sugeruje też, by jego obrońcą został Mieczysław Ruszyński.

I przez prawie całą resztę książki Kaczanowski zdobywa dowody utwierdzające go w przekonaniu, że Wróblewski był w latach 1940-1943 szefem gestapo w Bradomsku; czytamy wspomnienia świadków, często wstrząsające i sugestywne; widzimy konfrontacje Wróblewskiego z osobami, które miały z nim styczność – i w końcu czytamy relację, niemalże sądowe sprawozdanie z procesu: mecenas Ruszyński, niczym Perry Mason, zaciekle broni swojego klienta i stosuje rozmaite kruczki prawne ale nie udaje mu się uchronić go przed skazaniem na dziesięć lat więzienia. I od tego momentu ze strony na stronę czułem, że autor robi ze mnie wariata, co jest tym bardziej przykre, że 90 % książki jest dobre, poważne i miejscami sprawia wrażenie wręcz dokumentu czy literatury faktu; zarówno bowiem Kaczanowski, jak i Ruszyński stwierdzają, że mają co do wyroku pewne wątpliwości i postanawiają przeprowadzić prywatne śledztwo – pułkownika, przekonanego o winie Baumvogella, zmiękczyły jego łzy płynące mu z oczu bez świadomości i dlatego mówi pułkownikowi Niemirochowi, że spalił śledztwo i wstydzi się oglądać swoją twarz w lustrze.

Pierwszy raz opadły mi ręce, kiedy Ruszyński po jedenastu dniach tegoż prywatnego śledztwa przyjrzał się dokładnie zdjęciu i zauważył coś, czego wcześniej nikt nie zauważył przez kilka miesięcy; drugi raz, kiedy obaj panowie do wyjaśnienia zagadki tego zdjęcia zatrudniają telewizję, a trzeci raz, gdy okazało się, że Stanisław Wróblewski, który swoje życie opisywał zawsze bardzo szczegółowo, niemalże dzień po dniu, o pewnym fakcie zapomniał – i to wszystko dzieje się na ostatnich dwudziestu stronach książki. Na nich też znalazłem coś, czego chyba nigdy u Edigeya nie było, a przynajmniej w takiej formie.

Ale po kolei: znalazłem informację, że „Zdjęcie z profilu” było pierwotnie drukowane w „Kurierze Polskim” na przełomie roku 1981 i 1982; niestety, nie mam konkretnych dat ale nie ulega wątpliwości, że druk zaczął się w karnawale „Solidarności”, a skończył w stanie wojennym – i echo tego stanu wojennego, niestety, widać. Kaczanowski do Ruszyńskiego: „Ludzie są trochę zmęczeni tymi ciągłymi wezwaniami do pomocy. Nie tylko milicja do niedawna wołała „Pomóżcie”. To hasło bardzo się zdewaluowało” – proszę, proszę, jeszcze kilka lat wcześniej twórca tego hasła był w partyjnych dziennikach wynoszony pod niebiosa, a teraz siedzi w obozie internowania i generał występuje z wnioskiem o powołanie Trybunału Stanu. Niemiroch do Kaczanowskiego: „Teraz będziesz się mógł wziąć za sprawę „Krwawego Macieja” i jego bandy” – starsi czytelnicy wiedzą, kto to był Krwawy Maciek, a młodsi, jak są ciekawi, to mogą sobie poszukać w internecie. I jeszcze a propos tej postaci: „Quiz w telewizji udał się doskonale. Kilka tańczących dziewczyn, może nie za ładnych, ale za to zupełnie nie zgranych, jakieś śpiewaczki bez dykcji i głosu, którym w zamian za pełny biust dobry Bóg poskąpił słuchu. Słowem normalka. Ale skutek był” – no cóż, aluzja do telewizyjnej stylistyki końca lat 70. jest aż nadto czytelna.

Powiem krótko: czuję niesmak. Jerzemu Edigeyowi zdarzało się czasami wpleść jakąś subtelną dygresję na jakieś aktualne tematy ale tym razem popłynął z prądem już na całego. I jest to o tyle przykre, że tutaj te wtrącenia sprawiają wrażenie bardzo wymuszonych; w ogóle wspomniane ostatnie dwadzieścia stron nawet jakoś stylistycznie tu nie pasuje. A może tak musiało być? Może właśnie tym oderwanym od całości finałem autor chciał pokazać, że postawiono go pod ścianą? Może w ten sposób musiał oddać cesarzowi co cesarskie? Osobiście jednak wolę takie szaleństwo, jakie zrobił Zygmunt Zeydler-Zborowski w powieści drukowanej w „Kurierze Polskim” bezpośrednio po „Zdjęciu z profilu” czyli w historii o majorze Downarze przechodzącym na emeryturę; tam było widać ewidentne kpiarstwo, tu zaś mamy małe podejrzenie o to, że Edigey poddał się reżimowi. Od razu jednak zaznaczam: to jest moje indywidualne odczucie i w żadnym wypadku nie przypisuję sobie monopolu na rację; po prostu uważam, że mamy do czynienia z książką, która najwyraźniej musiała tak wyglądać, co jest o tyle przykre, że nie jest to książka zła – owszem, jest trochę wtórna, bo widzimy dużo scen znanych z wcześniejszych powieści Edigeya, zwłaszcza z „Dwóch twarzy Krystyny” ale ogólnie da się to wszystko czytać. Tylko co z tego, skoro zakończenie doszczętnie przyćmiewa całość?