Wojt Albert „Kuzyneczki” – Pierwsza seta 88

  • Autor: Wojt Albert
  • Tytuł: Kuzyneczki
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: seria Czerwona Okładka
  • Rok wydania: 1990
  • Nakład: 50000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK Recenzja Wiesława Kota

W drodze na wersalkę

W połowie lat 70. przebojem wdarł się do drugiej ligi polskich twórców milicyjnych Albert Wojt. W chwili, gdy Kłodzińska, Sekuła, Edigey i Zeydler-Zborowksi zwalniali już tempo, Wojt ruszył do ataku. W efekcie opublikował siedem powieści w Labiryncie, dwie w Czerwonej Okładce, jedną w Kluczyku, dwie Ewy i jeszcze jedną w mało rozpoznanej w Klubie serii A4. Wychodzi więc tego 13 pozycji, a nie wiem czy wszystko policzyłem.


Wojtem zajmuje się w Klubie przede wszystkim Klubowicz Kornaś oraz ja, ale zdarzały się również pojedyncze recenzje innych Klubowiczów (ostatnio Klubowiczka Błaszczyńska).
„Kuzyneczki” wydane w Czerwonej Okładce przez rzeszowski oddział (tak jest !!!) KAW-u należą do późnego Wojta. Kto wie czy nie jest to w ogóle ostatnia jego rzecz. Od razu powiem, że czytało mi się znakomicie. Może dlatego, że tym razem Wojt postawił na tempo akcji i przestał rozmywać się w wątkach pobocznych. Dało to w efekcie 150 stron esencjonalnego Wojta.
Zasadą konstrukcyjną większości utworów Wojta jest problem wyspy nie wprost. Co to znaczy? Ano tyle, iż mimo akcji toczącej się przeważnie w Warszawie, gdzie możemy mieć półtora miliona podejrzanych o morderstwo i tak wiemy, że sprawca musi ukrywać się w gronie kilkunastu osób, które pojawiły się na pierwszych 30 stronach utworu. To, przyznać trzeba, ogromna zaleta utworu. Trudność w lekturze polega natomiast na tym, że prowadzący śledztwo, w tym wypadku Porucznik Roman Gilewicz (szkoda, że zniknął gdzieś główny dotąd bohater Wojta, porucznik Mazurek, ale ostał się, całe szczęście, zawsze niezawodny chorąży Pozorski)) niczym pies gończy biega od jednego podejrzanego do drugiego lub też jeździ za podejrzanymi polonezem. Czyni to bez wytchnienia, często kosztem snu, wracając wielokrotnie do znanych już nam osób. Jak zawsze okazje się, że wszyscy kręcą i trzeba im mozolnie dowieść, że mijają się z prawdą.
Intryga niby prosta. Trupy dwóch tytułowych kuzynek znaleziono w mieszkaniu przy ul. Wery Kostrzewy. Otrucie. Jak się możemy domyślać, obie panie prowadziły bardzo bogate życie towarzyskie i trzeba posprawdzać wszystkie intymne znajomości. Jest ich bez liku. Wojt dodając jeszcze kilka postaci nie związanych ze środowiskiem, udanie mnoży podejrzanych (sąsiadka, dozorca, nabywca wozu, blacharz itp.). Dzięki temu uzyskujemy co kilka stron zwrot akcji. To jednak nie irytuje. A wszystko dzięki wpleceniu wątków obyczajowo-erotycznych, przy których blednie mój ulubiony indyferentyzm moralny Zeydlera-Zborowskiego.
Zaczyna się od podrywu na Mazurach: „Bogdan przerwał je długim, namiętnym pocałunkiem. Dookoła wszystko zawirowało mu przed oczami. Trzymana w ramionach dziewczyna podniecała go do tego stopnia, że nie myślał już o niczym innym. Kiedy zaczęło świtać, oboje leżeli nadzy (…) – A więc to tak – pełen furii głoś Kucheckiego zagrzmiał niczym wystrzał. – Na kilka minut nie można dziwki z nikim zostawić, bo zaraz pieprzy się z byle łajzą”. Po kilku podobnych scenach przestajemy się wprawdzie orientować kto z kim, ale jest ciekawie. Nieco tylko problemu z żonglerką nazwiskami.
Przy bliższym zastanowieniu możemy dojść do wniosku, że „Kuzyczeki” to moralitet pod pozorem powieści milicyjnej. Mamy tu przede wszystkim krytykę erotycznego rozpasania i rozwiązłości prowadzącej nieuchronnie do zbrodni. O proszę: „Drzwi nareszcie stanęły otworem i mogli wejść do środka. Halina chciała pochwalić się mieszkaniem, ale Bogdan ani myślał czekać dłużej. Chwycił dziewczynę za ręce i podniósł dziewczynę na stojącą pod oknem wersalkę”. Niestety aktor poskąpił opisu wydarzeń na wersalce kończąc rozdział, co było raczej zagraniem typowym dla wczesnego Wojta. Rozdział kolejny zaczyna się od słów: „– Pół nocy spędziłem przy stole sekcyjnym, a potem do rana ślęczałem nad odczynnikami i mikroskopem”. Zyskujemy w ten sposób bardzo oryginalną zbitkę oraz przykład chwytu formalnego stosowanego często przez Wojta. Autor mianowicie często używa dwóch punktów widzenia – milicyjnego i środowiskowego oraz dokonuje częstych manewrów z czasem narracji. Cofamy się lub idziemy do przodu naświetlając coraz to inne elementy fabuły. Wygląda to tak, jakby Wojt napisał książkę od A do Z, a potem pociął na kawałki i przemieszał w nieco alogiczny sposób. Nazwać „Kuzynecki” antypowieścią to może ciut za wiele, ale coś jest na rzeczy.
No to wróćmy do seksu: „W ciągu kilkunastu sekund dziewczyna zdążyła ściągnąć bluzkę, stanik i spódnicę. Zanim zdołał powiedzieć cokolwiek, na podłogę spadły również rajstopy. – Jestem twoja! – Roześmiała się z bezwstydną zalotnością. – Obiecuję, że będzie nam dobrze. – Dziwka warknął wściekle. – Parszywa dziwka! Włóż coś na tyłek, bo rzygać mi się chce, kiedy na ciebie patrzę”. Przyznać trzeba, że mamy tu do czynienia z bardzo mocnymi frazami, jak na powieść milicyjną.
To, o co zawsze miałem zastrzeżenia do Wojta, tyczy otaczającej rzeczywistości. Wojt mianowicie ma skłonność do uciekania od konkretów związanych z czasem i miejscem akcji. Są wprawdzie wzmianki o ulicy Wery Kostrzewy czy Kondrawicza na Bródnie. Jedyna nazwa lokalu to „Antałek” (przypuszczalnie był takowy kiedyś na Żoliborzu, teraz mamy pub o tej nawie, ale na ulicy Kaczej na Woli).
W pewnej chwili nawet porucznik Gilewicz przemyka polonezem koło mojego domu: „Skręcili w Stawki, a chwilę później nie bacząc na czerwone światło przecięli Marchlewskiego”. Brak natomiast bardzo detalu, solidnie umiejscawiającego przebieg wydarzeń. W porównaniu np. z Kłodzińską czy Kąkolewskim – książki tamtych autorów mają dużo wyższy walor dokumentalny. No, ale trudno mieć wszystko u jednego autora. Wojt ratuje tutaj honor informacjami o tym, że bohaterowie spożywają istrę, varnę, winiak (nie wiemy jaki) i jałowcówkę. No i wielki plus za zwrócenie uwagi na fakt, która wódka była w Polsce najważniejsza przez cały PRL. Poszło jej sporo podczas mazurskich libacji: „Podźwignął się z krzesła i chwiejnym krokiem podążył w kąt pokoju, gdzie chłodziła się ostania butelka żytniówki. Z całą pewnością „Kuzyneczki” to najlepsza rzecz w znanym mi do dziś dorobku Wojta.
Boleję nad tym, że żaden słownik pisarzy nie umieszcza notki o Wojcie. Nie wiemy nawet, czy Wojt to pseudonim. Tu jednak wpadłem na pewien trop. Mianowicie w „Kuzyneczkach” odnotowano: copyright by Wojciech Sadrakuła. To chyba już wiemy jak się nazwa Albert Wojt. Pora zdobyć bliższe dane.