Kłodzińska Anna „Grzęzawisko” – Pierwsza seta 43

  • Autor: Kłodzińska Anna
  • Tytuł: Grzęzawisko
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1981
  • Recenzent: Jan Bielicki
  • Broń tej serii: Pierwsza seta

LINK Recenza Jarosława Kiereńskiego

PCW w willi dyrektora

Powieść „Grzęzawisko” Anny Kłodzińskiej wypożyczyłem z biblioteki UW tuż przed wakacjami. W czasie wizyty w tym dostojnym gmachu poczułem chęć przeczytania powieści milicyjnej.

Oczywiście wybór padł na dzieło reprezentantki „betonu” i partyzantów Moczara. Jej twórczość zawsze działała na mnie relaksująco. Do ostatniej strony dochodziłem siedząc na korytarzu uczelni, czekając na rozmowę kwalifikacyjną. Po udanej konwersacji wsiadłem pod hotelem Vera do autobusu linii 186 i tam zakończyłem lekturę. Muszę ze skruchą wyznać, że spytany przez komisję o ostatnio przeczytane książki, nie pochwaliłem się dziełkiem trzymanym w kieszeni; nie chciałem w tak oficjalnej sytuacji poruszać tematu powieści milicyjnej – nie wiedziałem, jakie to wywoła reakcje.

„Grzęzawisko” nie rozczarowało mnie, jednak brakowało mi uniesień, jakie towarzyszyły lekturze „Za progiem mroku” czy „Dzieci milionerów”. Pięć dni później, siedząc na przystanku autobusowym gdzieś między Brasławiem a Postawami, na północy Białorusi, powiedziałem klubowiczce Annie Błaszczyńskiej (oddział Warszawa, sekcja Bródno), że uważam „Grzęzawisko” za spis fetyszy z epoki późnego Gierka i niewiele więcej. Moja rozmówczyni zaoponowała: „Przecież to jest peerelowski >>Makbet<

Rozważając to brawurowe porównanie, doszedłem do wniosku, że analogia jest zaskakująca, chociaż niepełna. I tak zamiast sabatu czarownic mamy dyrektorów FIREX-u (dużego przedsiębiorstwa, produkującego m.in. meble), naradzających się, kogo „wziąć” (Wiesz, Kaziu, ja od początku o nim myślałem – rzekł do dyrektora, zapalając papierosa. – Tylko byłem ciekaw, co tamci powiedzą.); demonicznej Lady Makbet odpowiada chciwa i małostkowa żona dyrektora Barańskiego, który dla awansu zawodowego popełnia zbrodnię; zamiast zamku jest osiedle niedaleko Gniewczyc (jedyna miejscowość o tej nazwie została wiele lat temu włączona do Mniszkowa, na ziemiach odzyskanych, można więc przyjąć, że miejsce akcji jest fikcyjne) w którym stoją dacze dyrektorów i wicewojewody; wreszcie zamiast marszu angielskich wojsk mamy śledczych – niezawodnego majora Szczęsnego oraz kapitana Andrzeja Gniazdowskiego, który przyjeżdża z urlopu w Szczawnicy, gdzie leczył drogi oddechowe. Brakuje zaś odpowiednika Malkolma – kogoś, kto przejmie tron po Makbecie. Domyślamy się, że byłyby to masy pracujące. W „Grzęzawisku” razi brak jasnego zakończenia, takiego jak w „Dzieciach milionerów”, gdzie dacza aferzysty została znacjonalizowana, po czym urządzono w niej ośrodek letniskowy dla zniedołężniałych zbowidowców.

Akcja powieści jest schematyczna. Czytelnik po pierwszych czterdziestu stronach (powieść liczy 254 strony) domyśla się, że główny bohater kroczy drogą do nikąd, brnąc w tytułowe „grzęzawisko”. Autorka często porównuje chciwych dyrektorów i nieskazitelnych milicjantów. Stróżowie porządku wsłuchują się w głos ludu, ale zepsute elity gonią tylko za pieniądzem. Budzi to zrozumiałe oburzenie:

Kowalewski skulił się nagle, zaprzeczył ruchem głowy.

– To straszny człowiek – szepnął. – U niego pieniądz najważniejszy. Panie, ile oni tu lasu wycięli! Ile pięknych drzew poszło pod topór. Pola golfowe, korty, baseny… I wszystko dla tych kilkunastu dyrektorów. A w Gniewczycach ludzie po piętnaście lat czekają na mieszkania. W ruderach się takich gnieżdżą, z grzybem, ze zbutwiałą podłogą, tynk im na głowy leci, nie ma pieniędzy na remonty. Panie, toż to wielka krzywda społeczna! Żeby kilku miało tak wiele? […] I za jakie to wszystko pieniądze? Za czyje? Pan wie, kto im te wille budował?

– Wiem. I kto, i za czyje, i z jakich materiałów budowlanych.

– Panie, długo tak jeszcze będzie?

Szczęsny zagryzł wargi w bezsilnym gniewie. I on tak się pytał, ale nie dostał jeszcze od nikogo odpowiedzi, cóż więc mógł rzec temu prostemu człowiekowi, który mówił to, co go dręczyło i napełniało goryczą. (podkreślenia moje – JTB)

Powieść Kłodzińskiej jest niemal leksykonem symboli luksusu tamtych czasów. Autorka wymienia między innymi: dużą willę z dębową podłogą (- Duża jest ta willa? – No, spora. Chyba ze dwieście, może nawet dwieście trzydzieści metrów powierzchni. On tam z początku położył płytki pcw, teraz ma już tego dość. Obrzydliwie wygląda i odpada. – Skąd weźmiemy aż tyle dębiny?) i wielkim przedpokojem (Weszli do holu tak rozległego, że można by na nim zawrócić maluchem, wspartego na czterech kolumnach), telewizor kolorowy (…na dole […] rozmieszczono dwa wielkie telewizory Siemensa i jeden czarno-biały, gdyby komuś kolor się znudził), samochody, restauracje (Restauracje w hotelu [Forum] były dwie: rotisernia „Soplica” i, po prawej stronie, sala „Maryla”. […] Na stole znalazło się salami, szynka z dzika z chrzanem i sandacz „Specjał” z sosem remoulade lub tatarskim, do wyboru), samoloty (Słuchaj, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak mnie szanują za granicą? Do hotelu z lotniska już nie przyjeżdżam samochodem […] Teraz przylatuje po mnie firmowy śmigłowiec!), oraz, oczywiście, uciechy cielesne (Schylił się, ucałował ją [żonę] bez większego entuzjazmu. Za granicą miewał atrakcyjne, młode brunetki, bo takie lubił najbardziej. Były drogie, ale stać go było).

Skąd dyrektorzy zdobywali pieniądze? Z kilku źródeł. Po pierwsze, dokonywali malwersacji w swoich zakładach (…wskutek zabrania materiałów budowlanych z placu budowy […] zawaliła się część stropów), pobierali „procent” od zamówień na drogie i nieefektywne urządzenia z importu (- Wiertarki są bardzo dobre krajowe – zdziwił się. […] – Ale nie takie! Widziałem we Włoszech kapitalne wiertarko-frezarki wielowrzecionowe firmy Capucci), po drugie, pobierali dotacje z rozmaitych funduszy (Kielański postawił chałupę z funduszu rozwoju rolnictwa, a u nas takich nie ma. U nas możnaby jedynie z funduszu na…). Dziś szanse urzędników i dyrektorów na budowę dacz z „dofinansowań” rosną, a to ze względu na zbliżające się włączenie Polski do Unii Europejskiej. Trzecim źródłem pieniędzy dla „bohaterów” powieści jest hodowla świń (To będą całkiem prywatne dostawy. Dla osób, które nigdy nie stały w kolejkach, ale mają dużo pieniędzy. […] Do sklepów coś tam odstawiam. Mniej więcej od osiem do dziesięciu procent całej produkcji). Jak widać, dyrektorzy byli bardzo obrotni.

Kłodzińska nie opisuje tak starannie uczciwych obywateli. Na szczęście i tu można znaleźć ciekawe cytaty:

– Kiedy przyjdzie ten czas? – rzucił major gniewnie. – Czas rozliczeń i sprawiedliwości społecznej?

– Nie wiem. Ale jestem niepoprawnym optymistą. Więc może jeszcze w tym roku?

– To po co u nich pracujemy?! – zawołał porywczo młody elektryk. – Wolałbym iść do prywaciarza. Przynajmniej bez złudzeń.

– Nie śpiesz się. Pamiętaj, że dłużej robotnika niż dyrektora – powiedział najstarszy z nich. – Przetrzymamy Grządka, Barańskiego i jeszcze paru. A potem może co się odmieni.

Powieść „Grzęzawisko” nieco razi brakiem finezji. Nie przybliża nam też postaci Szczęsnego – jedyna nowa rzecz, jakiej się o nim dowiadujemy to że: pływał świetnie, czasami myślał, że kiedyś tam ulepiono go nie z gliny, lecz z samej wody i – znowu kiedyś tam – w wodzie powinien umrzeć, chociaż jeszcze nie teraz. Czyż nie jest to myśl godna Talesa z Miletu? Wbrew pozorom, „Grzęzawisko” obfituje w atrakcyjne wątki poboczne, dlatego warto po nie sięgnąć i kontemplować je po swojemu. Miłej lektury!

ANEKS

Samochody:

maluch, fiat 125p, volkswagen, peugeot 304, mercedes, „długi niski talbot-matra koloru czerwonego wina”

Restauracje:

„Europejska”, „Soplica”, „Maryla”

Hotele:

„Forum” (podjechał pod ten długi a wysoki „szwedzki piernik”, jak nazywano hotel)