- Autor: Wołowski Jacek
- Tytuł: Kryptonim „Proszek do prania”
- Wydawnictwo: Iskry, CM
- Seria: Klub Srebrnego Klucza, Najlepsze kryminały PRL
- Podseria: Lata 50
- Rok wydania: 1959, 2017
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Tomasza Lady

Entuzjastyczne recenzje tej oraz innych książek Jacka Wołowskiego z miejsca obudziły moją przekorną i sceptyczną naturę – i pewnie to ona sprawiła, że oceniam tę powieść dość nisko. Po prostu nie przekonuje mnie panujący w tej powieści bałagan; jest ona chaotyczna i nierówna – wygląda ona tak, jakby składała się z dwóch odrębnych książek, które autor skleił w jedną.
I ta pierwsza książka stylistycznie wygląda jak sprawozdanie spółdzielni pracy „Jasna Przyszłość” w Szczecinie, raport z pola walki albo jakiś meldunek składany dowódcy na froncie – mamy tu surowy, urzędniczy język pełen krótkich zdań i pozbawiony jakiejś potoczystości. W pewnym momencie wymyśliłem sobie, że słucham audiobooka z tym tekstem – uszami wyobraźni słyszałem głos Bogusława Wołoszańskiego. Weźmy, na przykład, scenę konferencji u szefa oddziału – czytamy więc o niektórych punktach sporządzonego planu czynności i na dwóch stronach mamy: ustalić, sprawdzić, meldować, przekazać, spisać, zatrzymać, przesłuchać i zażądać. A czego dotyczą te skomplikowane procedury? Otóż kierownik pewnego sklepu z materiałami tekstylnymi zostaje zamordowany uderzeniem w głowę łomem owiniętym w gazetę; zatrzymana w tej sprawie zostaje pani Janina, ekspedientka, której kierownik wspominał coś o jakimś Władku z zezem lewego oka i mówił, że się go boi. Sprawa otrzymuje kryptonim „Janina”, a sama ekspedientka w związku z tym, że jest morfinistką jest pod stałą obserwacją w związku ze sprawą „Proszku do prania”.
I chyba łatwo się domyślić, że cała heca nie dotyczy handlu chemią z Niemiec tylko dystrybucji trochę inną chemią – i zajmuje się nią wspomniany pan Władek. I tu mamy do czynienia jakby z inną książką: jest akcja; są żywe, a nie papierowe postacie i mówią one normalnie, a nie jakąś nowomową; nie ma urzędniczego języka brzmiącego jak dworcowe komunikaty z megafonu; jest rzetelne i wiarygodne śledztwo. Więc o co tu chodzi?
I może znalazłem odpowiedź na to pytanie: otóż odkryłem, że w 1958 roku najpierw w „Życiu Warszawy” drukowano w siedemnastu odcinkach opowiadanie „Kryptonim ››Krystyna‹‹”, a po miesiącu publikowano jego kontynuację, która liczyła osiemnaście odcinków oraz nosiła tytuł „Proszek do prania” i książka jest po prostu złożona z tych dwóch opowiadań. Oprócz zmiany imienia z Krystyny na Janinę wersja gazetowa od książkowej trochę się różni – książkowa jest o ponad 50 stron dłuższa, co przekłada się na jakieś 14 gazetowych odcinków. I w związku z tym mam bardzo ryzykowną teorię: a może tę drugą część pisał jakiś ghostwriter? Trudno mi jest wyobrazić sobie, że autor nie pamiętał tego, w jakim stylu napisał pierwsze opowiadanie i dlatego drugie napisał tak bardzo odmienne. A może tak miało być? Któż to wie? Nie jest to jednak pytanie, które zawładnie moim umysłem i nie pozwoli mi spać – ale jeśli ktoś ma ochotę zgłębić ten temat to proszę bardzo; ja, w każdym razie, jestem tą książką rozczarowany i moje zainteresowanie nią właśnie się skończyło.
Książkę po raz pierwszy wydano w 1959 roku, a po raz drugi 58 lat później; również dwa razy zrobili to Słowacy – najpierw w 1962, a później w 1969 roku.


