Zeydler-Zborowski Zygmunt – Laska dyrektora Osieckiego 84/2026

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Laska dyrektora Osieckiego
  • Wydawnictwo: Wielki Sen
  • Seria: Seria z Warszawą (tom 24)
  • Rok wydania: 2011
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

 

Henryk Osiecki, dyrektor stadniny koni, zostaje na lotnisku zatrzymany przez kontrwywiad na chwilę przed wylotem do Berlina; w otworze wydrążonym w jego bambusowej lasce znajdują się mikrofilmy ze zdjęciami obiektów wojskowych. Major Jan Stasiak uważa, że Osiecki prawdopodobnie padł ofiarą szantażu i dlatego postanawia, że będzie się podawał w stadninie za zastępcę dyrektora, by tam trochę się rozejrzeć – głównie chodzi mu o to, by dowiedzieć się kto może być autorem otrzymanego przez niego anonimu sugerującego zatrzymanie dyrektora na lotnisku. Tymczasem do stadniny przybywa na wczasy w siodle grupa Francuzów; ich pilotką jest Józefina Vaudrin, tłumaczka z Orbisu i była kochanka Osieckiego.

Wkrótce w windzie w kamienicy przy ulicy Kruczej zostają znalezione zwłoki Wiktora Cottarda, młodego Francuza, syna bogatego przemysłowca z Marsylii, który brał udział we wczasach w stadninie; mężczyzna został uderzony w głowę młotkiem, a dodatkowo uduszony paskiem z klamrą. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi major Stefan Downar; coraz bardziej sfrustrowany brakiem postępów w śledztwie stwierdza on w pewnym momencie: „Jeśli tak dalej pójdzie, to podaję się do dymisji. Widocznie przedwcześnie zramolałem”. Wkrótce jednak dochodzenie rusza z miejsca, gdy dwaj majorzy łączą swoje siły.

Ta książka doskonale oddaje antyniemieckie nastroje panujące w Polsce w drugiej połowie lat 60.; mam zresztą takie przykre wrażenie, że autor otrzymał przed jej napisaniem pewne wskazówki. Mamy na przykład taką scenkę: żona dyrektora Osieckiego z całą stanowczością stwierdza, że jej mąż nie może zajmować się działalnością szpiegowską, gdyż „jest najbardziej lojalnym obywatelem Polski Ludowej. Pochodzi wprawdzie z rodziny ziemiańskiej, ale zdaje sobie doskonale sprawę z konieczności przemian społecznych”; w odpowiedzi na tę przemowę major Stasiak mówi: „Jesteśmy dobrze poinformowani, że pan Osiecki ma w tych sprawach zdrowe poglądy i pracuje z całym poświęceniem” – no cóż, Służba Bezpieczeństwa zawsze była dobrze poinformowana. W ogóle cała ta scenka jest dość kuriozalna: major prosi panią Osiecką – przypominam: żonę mężczyzny zatrzymanego na lotnisku z mikrofilmami na których są uwiecznione obiekty wojskowe – o małą pomoc: ma ona dostarczyć mu próbki pisma będących w biurze maszyn do pisania, by można było sprawdzić, czy to przypadkiem nie na nich napisano anonim sugerujący zatrzymanie Osieckiego. Ręce opadają – zresztą cały kontrwywiad ma chyba jakieś kompleksy: Stasiak rozważa możliwość, że Osieckiego chciała skompromitować jakaś konkurencyjna agentura; uważa jednak, że jest to wątpliwe, bo „trudno sobie wyobrazić, żeby angielski czy francuski wywiad poszedł na taką rzecz. Kompromitującą laskę Osieckiego zasygnalizowaliby w jakiejś zręczniejszej formie” – no tak, z jednej strony angielska finezja, z drugiej niemiecka toporność; brakuje jeszcze izraelskiego cwaniactwa na które zresztą nie trzeba było w polskich kryminałach długo czekać.

Major Downar jest niewiele lepszy – najpierw stroi fochy w stylu „skoro nie daję sobie rady, to dajcie tę sprawę komuś innemu, a ja przenoszę się do MHD i będę sprzedawał ogórki”, a później przesłuchując podejrzaną mówi: „Niechże się pani zastanowi i spróbuje mi dowieść, że to nie pani uderzyła Cottarda tym młotkiem” – no tak, a potem niech pani mi udowodni, że to nie pani strzelała do Kennedy’ego, a najlepiej to niech pani pokaże mi dowód na to, że nie jest pani wielbłądem. I oczywiście wszystko dzieje się pod czujnym okiem wroga, który ma paskudną gębę i marzy o skarbie pozostawionym przez armię niemiecką cofającą się pod naporem Rosjan; pani Osiecka sama zresztą przyznaje: „Przyznam się panu, że po tej wojnie bardzo źle znoszę język niemiecki”.

I tak to się toczy – a gdy dodamy do tego pewną pokraczność intrygi i dość dziwaczne niektóre rozwiązania, to dostajemy dowód na to, że ta książka chyba nie była pisana bez pewnej inspiracji i ZZZ stworzył ją na polecenie. I wydaje mi się, że fakt niewydania tej powieści w wersji książkowej potwierdza tę teorię – opublikowano ją dopiero po 44 latach ale chyba tylko jako ciekawostkę, bo zachwycać się nie ma czym; można, co najwyżej, podrzeć łacha.