- Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
- Tytuł: Akcja Rudolf
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1963
- Nakład: 30250
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Lekarz Łukasz Zdanowicz i aptekarka Krystyna Nechay romansują ze sobą od jakiegoś czasu; Łukasz chce, by Krystyna rozwiodła się z mężem, Teodorem, inżynierem z Biura Projektów MON, ale kobieta twierdzi, że on się na to nigdy nie zgodzi. Pewnego dnia Krystyna znajduje męża martwego; milicyjny lekarz stwierdza otrucie zastrzykiem w którym zamiast glukozy była strychnina.
Downar aresztuje Zdanowicza, gdyż w jego torbie lekarskiej znaleziono butelkę po truciźnie; kapitan nie wierzy jednak w jego winę i uważa, że zatrzymał go, by uśpić czujność ludzi mających coś wspólnego ze sprawą. W śledztwie pojawia się mnóstwo wątków, głównie romansowych; w pewnym momencie Downar stwierdza, że „chyba po raz pierwszy w swojej karierze śledczej spotkał się z taką olbrzymią ilością poszlak”. Do sprawy włącza się kontrwywiad – kapitan Stasiak mówi: „Musimy bardzo poważnie wziąć pod uwagę ewentualność, że Nechay został zamordowany nie z powodów romantyczno-erotycznych”; okazuje się bowiem, że z Biura Projektów MON przeciekają do Berlina Zachodniego wiadomości dotyczące prac w przemyśle zbrojeniowym.
Mam takie wrażenie, że autor napisał tę powiastkę „z potrzeby chwili” – a czy była to potrzeba podyktowana jakąś wyższą siłą? Podejrzewam, że tak – ta książka jest napisana na łapu-capu, niemalże na kolanie; wątków jest do niej poupychane co niemiara i przez to króluje w niej pospolity chaos. Główny czarny charakter – i wcale nie jest to morderca Nechaya, tylko sam Nechay – pokazany jest tu niczym najczystsze zło: w czasie wojny półtora roku siedział w Neapolu i tam „uprawiał procedury intratne, ale niezbyt chwalebne. Ostatnio policja włoska poszukiwała go za handel narkotykami i stręczenie do nierządu. Uciekł do Ameryki”. Matko Boska… Neapol? Toż to może i z samą camorrą miał do czynienia? I takiego ananasa przed przyjęciem do pracy w Biurze Projektów MON nie prześwietlono od góry do dołu i z powrotem i to jeszcze kilka razy? Przełożony Nechaya nie może Downarowi powiedzieć nad czym jego podwładny ostatnio pracował, bo, wiadomo, tajemnica wojskowa i pan kapitan pewnie nie ma dostępu do informacji niejawnych – a człowiek z taką śmierdzącą przeszłością taki dostęp musi mieć, bo inaczej by w tym biurze nie pracował.
Ale wiemy, że jest w tej sprawie na pewno jeden człowiek poza wszelkimi podejrzeniami: pułkownik Fabiński, szef Biura Projektów MON; kiedy Downar powiedział, że „w tej sytuacji każdy może być podejrzanym”, to major Leśniewski „aż prychnął z wrażenia”: „Zwariowaliście? Co wam do głowy przychodzi? Dawny ideowy komunista, bardzo mocny partyjnie, cieszy się całkowitym zaufaniem Komitetu Centralnego. Nonsens” – no cóż, ja po takiej, delikatnie mówiąc, reprymendzie oczekiwałbym przynajmniej nagany ze wpisem do akt, ale Downar ma jeszcze odwagę powiedzieć, że „jeżeli chodzi o takie poważniejsze afery szpiegowskie, to zawsze są w nie zaangażowani ludzie cieszący się ogromnym zaufaniem i stojący poza wszelkimi podejrzeniami” – ale w tej sytuacji to się już chyba ociera o brawurę.
A poza tymi perełkami – takie sobie czytadło, które, przynajmniej we mnie, nie wywołało większego napięcia; mam takie wrażenie, że autor wrzucił do jednego kotła trochę zbyt wiele i w efekcie motyw szpiegowski, który powinien wzbudzać ciarki na plecach wzbudza co najwyżej wzruszenie ramion. Jest to dość wczesna książka ZZZ i mamy tu większość motywów, które będą się przewijać w twórczości autora: określone odzywki, pewna schematyczność postaci i lekka niefrasobliwość czy wręcz naiwność intrygi. Pojawia się porucznik Olszewski; tutaj „od niedawna pracował w milicji, wyglądał raczej na ucznia ze starszej klasy aniżeli na milicjanta. Wrażenie to potęgowały duże, niebieskie oczy, patrzące na świat z jakimś dziecinnym zdziwieniem” – pytanie tylko, dlaczego nie zasłużył on sobie nigdy na choćby jeden awansik. Dowiadujemy się też, że Downar współpracował już wcześniej z kapitanem Stasiakiem przy okazji sprawy sławnego barona Boysta – czytelnicy „Kuriera Polskiego” czytali o niej już cztery lata przed „Akcją Rudolf” ale reszta świata musiała czekać niemalże pół wieku, aby o niej przeczytać w wersji książkowej. Jest też pewien znak czasu – śledztwo toczy się w kłębach papierosowego dymu, Downar kopci jak parowóz i jedna z kobiet nawet zwraca uwagę, że ona tak dużo nie pali. Ale jak może być inaczej, skoro inna kobieta mówi: „Lubię, kiedy mężczyźni palą. Mężczyzna niepalący jest mniej męski” – święte słowa; prawdziwego faceta poznaje się po tym, że ma raka płuc, nadciśnienie, miażdżycę, zapalenie oskrzeli i rozedmę płuc. I tym optymistycznym akcentem kończę – nadmienię tylko jeszcze, że rok przed wydaniem książkowym powieść była drukowana w odcinkach w „Kurierze Polskim” pod tytułem „Strychnina”.
