- Autor: Raymond Chandler
- Tytuł: Głęboki sen
- Wydawnictwo: KAW
- Seria: z czerwoną okładką
- Rok wydania: 1985
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego
LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego (pierwsza)

Gorycz egzystencjalna prywatnego detektywa
Publikując w roku 1939 „Głęboki sen” Raymond Chandler wszedł do panteonu mistrzów czarnego i niedługo potem zajął w nim główne miejsce. Dlaczego tak się stało? Oczywiście nie za sprawą fabuły, która jest po prostu typowa dla gatunku zwanego czarnym kryminałem.
Chodziło przede wszystkim o bohatera czyli detektywa Philipa Marlowe. Znaczenie ma tu nie tylko jego zawód – prywatny detektyw (łaps, platfus, natręt itd.), ale przede wszystkim widzenie świata. Odrębna kwestia to oczywiście język powieści Chandlera, pełen świetnych porównań, ironicznych dialogów i egzystencjalnych refleksji. To dlatego czarna proza kryminalna, w szczególności Chandler (ale także na przykład Dashiell Hammett, uznawany za twórcę gatunku, czy Ross Macdonald), jest nadal w obiegu i się w zasadzie nie starzeje , mimo że autor zmarł w roku 1959, pozostawiając po sobie 6 powieści i ponad 20 opowiadań. To niebyt wiele jak na autora kryminałów. Wszak przeciętny twórca w tym gatunku wypuszcza kolejne książki regularnie i niemal taśmowo. Kwestia w tym, że Raymond Chandler przeciętnym autorem nie był.
Przyjrzyjmy się bliżej „Głębokiemu snu”. Filip Marlowe otrzymuje zlecenie od generała Sternwooda. Ten dożywający swoich dni, schorowany i bogaty człowiek ma problem z jedną ze córek – Carmen. Dziewczę jest szantażowane przez niejakiego Geigera, który żąda kasy za zwrot nagich fotek , wykonanych jej podczas narkotykowego upojenia. Marlowe podejmuje wyzwanie i w ten sposób rozpoczyna się droga do piekła morderstw, strzelanin, mrocznych negocjacji, pornograficznych publikacji, niejasnych powiązań gangsterów, policji i polityków. Wkraczamy wprost do koszmarnego snu, o którym mówi się nam już w tytule powieści. W tym kontekście oczywiście trudno o żelazną logikę, gdyż ludzie z powieści Chandlera często działają pod pływem impulsu. „Głęboki sen” to przede wszystkim dzieło o utracie złudzeń wobec świata i ludzi, dzieło o samotności detektywa i jego zgorzkniałości maskowanej ironia, która stanowi główną broń w walce o samego siebie. Filip Marlowe bowiem ma tylko swój zawodowy etos do stracenia i za cholerę nie chce się go wyzbyć. Dlatego nie ulega, ani czarowi Carmen (to by było dopiero), ani urokowi Vivian—starszej córki Sternwooda, która też ma ochotę na bliższą relację z detektywem. A wszystko to również przez szacunek do Steernwooda, który symbolizuje tu odchodzącą w niebyt starą Amerykę. Nadchodzą bowiem brutalne czasy, w których nic nie jest jasne i oczywiste, a wszystko tonie w moralnym półmroku. Refleksje to jedno, ale pamiętajmy że Filip Marlowe niemal codziennie ociera się o śmierć, niejednokrotnie kończy dzień poobijany i często podejrzewany jest o nieoczywiste intencje. Musi co krok udowadniać, że jest tym kim jest, co czasem wywołuje zdziwienie. Mniej więcej w połowie powieści można uznać, że Marlowe wykonał już zwoje zadanie, bo wspomnijmy Geiger, jak też współpracujący z nim Brody, już nie żyją. Marlowe nie uważa jednak sprawy za zakończoną , bo starsza córka Generała jest też uwikłana — w hazard i dziwne relacje z niejakim Eddiem Marsem, lokalnym rekinem przestępczego świata. Marlowe czuje, że musi zagłębić się w tę relacje. Tym bardziej, że gdzieś zaginął mąż Vivian. Co więcej, w niejasnych okolicznościach stracił życie, wpadając wraz z samochodem do wody, kierowca Sternwoodów. „Głęboki sen” to także powieść o atrofii relacji rodzinnych. Sternwood zdaje się nie mieć żadnego wpływu na obie córki, a jedyne co trzyma dziewczyny przy tatusiu to gwarantowana przez niego stabilizacja ekonomiczna. Marlowe jest tego świadom i dlatego swoją robotę uzna za zakończoną dopiero wtedy, gdy Carmen i Vivian zostaną odcięte od bagna zależności z zewnątrz. Działa więc dalej, nawet jeżeli ma to oznaczać konflikt z chlebodawcą. Tak więc debiutancką, ale przemyślaną powieść Chandlera można czytać na wielu poziomach, przy czym poziom zagadki kryminalnej jest tu najmniej istotny. Autor „Głębokiego snu” uważał, że naprawdę dobrą powieść kryminalną warto przeczytać nawet wiedząc, że ktoś wyrwał z niej ostatni rozdział. Po prawdzie bowiem Raymond Chandler posługiwał się strukturą powieści kryminalnej, jako wygodnym narzędziem, po to by mówić istotne rzeczy o kondycji ludzkiej i umiejętności radzenia sobie z nieprzychylnym, a często wrogim światem. Pisał prozę głęboko egzystencjalną. Właśnie ukazały się u nas nowe tłumaczenia wszystkich powieści Raymonda Chandlera i możemy się rozkoszować prozą mistrza na świeżo.
