- Autor: Osęka Janusz
- Tytuł: Śmierć w Żlebie Kirkora
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Ewa wzywa 07 … (nr 59)
- Rok wydania: 1973
- Nakład: 100275
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Piotra Głogowskiego

Oddaliła się z właścicielem żółtego BMW
Opowiastka kryminalna „Śmierć w Żlebie Kirkora” Janusza Osęki to raczej wypadek przy pracy w dorobku autora, gdyż jedyny kryminał, niż typowy tytuł na literackiej drodze. Autor był bowiem przede wszystkim satyrykiem i dziennikarzem. Może chciał się sprawdzić w innym gatunku, a może po prostu dla oddechu lub żartu literackiego „Ewę” nr 59 popełnił. I zdradzę od razu, całkiem zmyślnie popełnił.
W tytułowym Żlebie Kirkora (przypomnijmy, że żleb oznacza pionowe wcięcie w masywie górskim powstałe w wyniku ruchów tektonicznych, rodzaj długiej rynny) zostaje znalezione ciało Anny Zemanek. Szybko okazuje się, że miało miejsce morderstwo a nie samobójstwo, czy też nieszczęśliwy wypadek. No chyba, żeby pani Zemanek skoczyła w przepaść z wyskoku, wybijając się ze skalnej półki. Ta hipoteza jednak też upada i porucznik Jan Dudziak z Komendy Miejskiej w Zakopanem oraz wspierający go sierżant Stanisław Książek rzucają się w wir śledztwa. I mamy obfite opisy Zakopanego, Krupówek (tłumy były już wówczas), lokali gastronomicznych, hoteli, pensjonatów. i schronisk ( jest wzmianka o zdjęciu grupowym przy schronisku na Ornaku, gdzie miałem okazję być w czasach licealnych, więc lektura obudziła sentyment). Tymi aspektami szczegółowo zajęli się poprzedni recenzenci – Piotr Głogowski i Robert Żebrowski, i uczynili to znakomicie. Zapraszam do lektury ich tekstów. Osęka pieczołowicie ujmuje słowem górskie okolice, co rzadkie w powieści milicyjnej, gdzie obszary te – jeżeli w nich rozgrywa się akcja – stanowią jedynie pretekst to budowy fabuły. Wspomnijmy tu „Strzały w schronisku” Macieja Patkowskiego oraz „Zbrodnię na Cyrhli Toporowej” Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, zresztą oba niezłe. Natomiast u Janusza Osęki Zakopane i góry to w zasadzie równorzędny bohater akcji. Śledztwo ogniskuje wokół gości pensjonatu „Krokus”, gdzie zamieszkiwała ofiara i już myślimy, że tu będzie wyjaśnienie sprawy. Tymczasem w połowie utworu następuje zwrot, gdyż mamy kolejnego trupa – jest nim samotny emeryt ugodzony tępym narzędziem w tył głowy, we własnym mieszkaniu. Co więcej na stole ujawniono dwa kieliszki wódki, w tym jeden opróżniony. Jeżeli ofiara piła wódkę, to chyba musiała nieźle znać mordercę. Wszak wódki nie pijamy z byle kim. Tu potrzebny jest raczej pewien poziom zażyłości. Oczywiści, jeżeli mamy na względzie świadome picie wódki. Co może łączyć młodą wczasowiczkę z miejscowym emerytem Wrzosem? Chyba tylko to, że oboje byli odludkami, niemal z nikim nie utrzymywali kontaktów, wiedli samotne życie. Coś ich jednak łączyć musiało, skoro w mieszkaniu emeryta znaleziono bransoletkę (widzimy ją zresztą na okładce) należącą do Zemanek Anny. Mogłaby zatem „Śmierć w Żlebie Kirkora” stać się opowieścią na poły egzystencjalną, ale Osęka przypomina sobie w jakim schemacie robi i wraca w koleiny śledztwa. Pamięta także, że jest satyrykiem i dzięki temu stwarza powstać Wojciecha Czarneckiego: „Kim jest ten Czarnecki? – Ma na imię Wojciech , jeździ czerwoną Skodą, trudno powiedzieć czym się zajmuje. Często widuje się go z wczasowiczkami”. W toku przesłuchania Czarneckiego: „-A tę dziewczynę pan pamięta? – porucznik podsunął Czarneckiemu fotografię Anny. Długo przyglądał się zdjęciu. – Nie – rzekł wreszcie.- nie przypominam sobie. Tyle znam różnych dziewczyn, że mógłbym pomylić”. Czyżby ten, podający się za chałupnika jegomość, miał coś wspólnego z morderstwem ?Poznajmy go bliżej s kolejnej scenki: „Ja specjalnie za tym nie przepadałem, ale tym razem chciałem mieć warunki, żeby z nią serio pogadać. Ona mi się ostatnio wyrwała. Z takim spotykała się jednym facetem z Krakowa, niby jej kuzynem. On ma żółte BMW”
A może bliższy zbrodni był Zdzisław Piątek, mieszkaniec Gdańska, o którym wiemy, że znał kilka panienek z MOCu. Skrót ten ma oznaczać „Miłosną Obsługę Cudzoziemców”. Takiego określenia nigdy dotąd nie spotkałem.
W książeczce jest oczywiście dużo więcej wtrętów społeczno-obyczajowych. Oto kapitan Czesław Szarecki (włącza się przy drugim morderstwie) okazuje się miłośnikiem kwaśnicy (żur, kapusta, boczek, kartofle) – sam bardzo lubię (pamiętna kwaśnicę z żebrem, dawno temu w Łodzi, z Klubowiczem Markiem Ciasiem). W jednej z knajp występuje kapela o jakże wdzięcznej nazwie „Skarżysko Big Band”. Słowem czysta poezja, bo jak pamiętamy w Skarżysku-Kamiennej ostatnie lata spędził sam Leopold Staff. Kolejny wymysł autora to woda kolońska „Alibi”. Pensjonariusze „Krokusa” oglądają wspólnie jakiś teatr telewizji. Nie znamy tytułu spektaklu, ale ważniejsze, że znamy konsumowany przy tej okazji trunek – „Złota Jesień” (niby polski calvados). Osobiście nie spotkałem się i trzeba będzie ten brak niezwłocznie uzupełnić. Jak widzimy, tropów którymi możemy pójść w lekturze, jest bez liku, a i tak na końcu okazuje się to mało ważne i wszelką logikę możemy schować do lodówki, by tam się schłodziła, bo i tak o rozstrzygnięciu intrygi decyduje splot przypadków. Ale w końcu z nich składa się życie, co stwierdza sierżant Książek. No pewnie. Przecież przypadkiem powstał Klub MOrd (to już 25 lat) i przypadkiem napisałem tę recenzję.
