- Autor: Lembowicz Tadeusz
- Tytuł: Złota czasza księcia Bogusława
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1973
- Nakład: 100000
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Anny Niklewskiej

Tadeusz Lembowicz, dziennikarz „Dnia Szczecińskiego”, otrzymuje od redaktora naczelnego zadanie – jutro do Kołbaskowa przyjeżdża doktor Lehrer, historyk sztuki i były mieszkaniec Szczecina, który ma przekazać do muzeum kopię złotej czaszy Bogusława XIV, ostatniego księcia pomorskiego, i dyrektorka muzeum chce, aby redaktor pojechał z nią, zrobił kilka zdjęć i opisał w prasie całą historię.
Lembowiczowi to wybitnie nie odpowiada, gdyż umówił się już ze swoim przyjacielem, porucznikiem Zenonem Misztalem, na opisanie innej sprawy – obok torów kolejowych niedaleko Goleniowa znaleziono zwłoki nieznanego mężczyzny; mimo wszystko jednak jedzie na granicę i towarzyszy dyrektorce.
Lehrer przekazuje czaszę dyrektorce i korzysta z jej zaproszenia, by spędził kilka dni w Parkanach, gdzie w odrestaurowanym zameczku mieści się filia muzeum; doktorowi postanawia towarzyszyć redaktor Lembowicz, który chce się tam ukryć przed szczecińskimi cinkciarzami chcącymi się na nim zemścić za cykl nieprzychylnych artykułów. Palaczem w zameczku jest Jan Elecki; okazuje się, że to jego ojciec jest mężczyzną, którego zwłoki znaleziono obok torów do Goleniowa. Wkrótce zostaje zamordowany brat Jana Eleckiego, Robert; niespodziewanie okazuje się, że afera szczecińskich cinkciarzy sięga Parkanów.
Nie czytałem książek, jakie Wiesław Rogowski opublikował pod własnym nazwiskiem; mam tylko nadzieję, że nie są tak nieporadnie napisane jak ta nieszczęsna „Złota czasza…”. Ta książka to dowód na to, że nie każdy pisarz musi umieć pisać kryminały – po prostu dobra intryga kryminalna musi być przede wszystkim wiarygodna; tu zaś mamy prawdziwy popis niedorzeczności. Po pierwsze: jakim prawem dziennikarz bierze udział w przesłuchaniach podejrzanych? Mało tego, ciągle wtrąca swoje trzy grosze, a nawet przyznaje: „musiałem się mocno hamować, aby nie wziąć śledztwa w swoje ręce” – a nawet jeszcze mało tego: przed przyjazdem milicji rozmawia z podejrzanym o zamordowanie Roberta Eleckiego i sugeruje mu, jakie zarzuty mogą mu zostać postawione. I co ciekawe, jest w pełni świadomy tego, że nie ma do tego prawa i od Misztala prawdopodobnie zbierze ochrzan, ale sam sobie tłumaczy, że „teraz udział w tej sprawie umożliwił mi ślepy los, więc miałem prawo działać bez oglądania się na to, co podobałoby się mojemu przyjacielowi, a co nie” – doprawdy, stawiam dobrą wódkę temu, kto mi wytłumaczy zawiłości tej logiki.
Niedorzeczność druga: cinkciarze mają autorowi za złe, że swoimi artykułami popsuł im interes, więc on postanawia się przed nimi ukryć – i robi to nie w Mongolii albo na Madagaskarze tylko w miejscowości oddalonej od Szczecina o dwie godziny jazdy PKS-em; swoją drogą, autor lansuje się tutaj na jakiegoś niemalże Króla Reportażu do którego jedni dzwonią z gratulacjami, a drudzy z pogróżkami. I z tym wiąże się niedorzeczność trzecia: okazuje się, że ten król jest nagi, bo Piękny Edzio, szef szajki przyozdobiony przez niego w aureolę sławy… w rzeczywistości jest kimś innym! Milicja, tak na chłopski rozum, też nie grzeszy bystrością: wie o tym, że przez ręce Pięknego Edzia przechodzi kilkadziesiąt tysięcy dolarów ale żadnego jego rysopisu najwyraźniej nie posiada, skoro nie wie kim jest martwy mężczyzna obok torów, a i to, że ma on na imię Edward też jakoś z niczym im się nie kojarzy…
A gdy dodamy do tego trochę szowinizmu dla niepoznaki ubranego w patetyczne i wzruszające hasła, to otrzymamy ostateczny obraz nędzy i rozpaczy. Jest jeszcze w tej książce kilka mądrości o milicjantach, o kobietach i w ogóle o życiu, ale są one równie cudaczne jak cała reszta; myślę więc, że można sobie tę powieść z czystym sumieniem darować.
