Lach Jerzy – Wampir z Piekar 142/2026

  • Autor: Lach Jerzy
  • Tytuł: Wampir z Piekar
  • Wydawnictwo: KAW
  • Seria: Ekspres Reporterów
  • Rok wydania: 12/1983
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Żona mówiła do niego Achim

Po tom „Ekspresu Reporterów” z 1983 roku sięgnąłem przypadkiem, zaintrygowany tytułem kryminalnego reportażu. Był to „Wampir z Piekar”. Od razu okazało się, że chodzi o Joachima Knychałę, który siał postrach na Śląsku od czasu sprawy Zdzisława Marchwickiego, (znaego jako „Wampir z Zagłębia”).

Dziś sugeruje się, że to nie Marchwicki mordował kobiety, za to Knychała z całą pewnością tak. Działał przez osiem lat – od roku 1974 do 1982, kiedy to został zatrzymany i po procesie skazany na karę śmierci. Wyrok wykonany w maju 1983 roku. Autor reportażu Jerzy Lach zapewne pisał swój tekst nieco wcześniej, gdyż o wyroku nie aa tu jeszcze mowy. Tytuł jego materiału brzmi „Z siekierą za pasem”. To typowy zabieg dramaturgiczny redakcji „Ekspresu Reporterów” – dany tekst ma inny tytuł na okładce (rozumiemy go jako swego rodzaju zajawkę), a inaczej tytułowany jest tekst wewnątrz tomu. Dziś, po niemal 50 latach od opisywanych wydarzeń Knychałę określa się raczej mianem „Wampira z Bytomia”, gdyż mieszkał w Piekarach Śląskich, a mordował w Bytomiu, szukając ofiar głównie wzdłuż linii tramwajowej „6”. Pierwsza grupa skierowana do sprawy Knychały miała właśnie kryptonim „Szóstka”, a kolejna „Frankenstein”. Reportaż Jerzego Lacha zawiera w esencjonalnej formie wszystko, co zostało potem replikowane w wielu innych materiałach pisanych, jak również podcastach internetowych, które powstają zresztą dopiero w ostatnich latach. Oczywiście dziś wiemy więcej. Jedni opowiadają o Knychale zza biurka, inni budują narrację wyłącznie głosem, jeszcze inni spacerując po miejscach związanych ze sprawą. Temat cały czas funkcjonuje pop-kulturze. Wszystkie najważniejsze fakty są już jednak zawarte w reportażu „Wampir z Piekar”. Późniejszy morderca kobiet miał skomplikowane dzieciństwo, był nieakceptowany przez babkę oraz dyscyplinowany przez matkę. Już w młodości był zamieszany w gwałt zbiorowy, choć twierdził, że nie brał w nim bezpośredniego udziału, ale faktem jest, że siedział trzy lata. Te wydarzenia miały wzbudzić w nim nim niechęć do kobiet i później pchnęły na drogę zbrodni. Zanim to jednak nastąpiło, Knychała założył rodzinę, miał dwoje dzieci i stał się cenionym pracownikiem kopalni „Andaluzja”, gdzie był cieślą górniczym. Wychodzi na to, że Knychała był z pozoru przeciętnym nie wyróżniającym się z tłumu człowiekiem, prowadzącym życie przykładnego obywatela. Tylko co jakiś czas odzywało się w nim przemożne pragnienie, by wziąć do ręki młotek, siekierę, metalowy pręt, scyzoryk lub kilof i wyruszyć na łowy. Wybrane ofiary atakował brutalnie uderzeniem w tył głowy, a po zmasakrowaniu obnażał i gwałcił. Zamordował pięć kobiet i wiele innych usiłował – niektórym ofiarom udało się przeżyć; pierwszej dlatego, że miała czapkę z nietypowym wełnianym grubym szwem, po którym osunął się młotek. Knychała chciał być słynny i uczestnicząc jako widz w procesie Zdzisława Marchwickiego widział w nim swoistego idola. Postanowłl pójść jego śladem. Najdziwniejsze jest to, że jego żona przez wszystkie te lata nie domyślała się niczego. Cóż zatem tkwiło w osobowości Knychały? Jakie zaburzenia? Tego się zapewne nigdy dokładnie nie dowiemy. Możemy jedynie snuć rozmaite przypuszczenia.

W czasie początkowych aktywności Knychały milicja nie chciała przyjąć do wiadomości, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. Wszak kraj żył jeszcze sprawą Marchwickiego, a tu drugi taki ktoś. W końcu jednak nie dało się dłużej nie dostrzegać podobieństw w poszczególnych przypadkach. Knychała był w gronie podejrzanych od dłuższego czasu, ale znajdował się w gronie ponad 7000 (sic!) mężczyzn, którymi interesowały się organa ścigania. Miał jednak alibi na każdy dzień, kiedy popełniał zbrodnię, gdyż z zapisów w kadrach wynikało, że zawsze był w pracy. Działo się tak dlatego, że często miewał nadgodziny. Odbierał je w postaci dnia wolnego, ale w grafiku nic nie zmieniano – z papierów wynikało, że był w pracy. Ta patologiczna sytuacja wyszła na jaw przy okazji wyjaśniania naturalnej śmierci górnika, który, jak wynikało z grafiku, był pracy także po śmierci.

Tu przychodzi na myśl sprawa Pawła Tuchlina czyli „Skorpiona” z Pomorza, który mordował służbowym młotkiem pobranym z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, co nie zostało odnotowane w ewidencji , gdyż Tuchlin…nie był na liście pracowników pobierających narzędzia.

Z reportażu Jerzego Lacha wynika, że autor miał dostęp do akt sprawy, jak również kontakt ze śledczymi. Czytelnik otrzymuje dużo szczegółowych informacji, łącznie z wieloma personaliami. Nie zabrakło intrygujących obserwacji: „W tramwajach linii numer sześć i linii z nią się krzyżujących jeździli milicjanci w cywilu. Obserwowali przystanki. Przyjrzano się też hotelom robotniczym, ujawniając przy tej okazji zadziwiająco dużo zboczeńców”. Całe szczęście nie każdy z nich staje się seryjnym mordercą. Wszystko wskazuje na to, ze w Polsce nie ma obecnie takiego zjawiska. Oby się to nie zmieniło.