- Autor: Ścibor-Rylski Aleksander
- Tytuł: Iwan
- Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
- Seria: Żółta Okładka
- Rok wydania: 1954
- Nakład: 30176
- Recenzent: Robert Żebrowski

Iwan, Wania, Waśka
Trochę mnie zmyliła ta okładka, ale nauczyłem się już, że w czasach wczesnego PRL-u nawet jeśli na okładce książki była ilustracja typowo wojenna, to już w środku niej mogło być różnie np. sensacyjnie, szpiegowsko lub kryminalnie, choć też przygodowo, obyczajowo lub produkcyjnie, i że ze wstępnego przewertowania takiej pozycji rezygnować nie powinienem. Tak też było i w tym przypadku. Na okładce jest typowy radziecki czerwonoarmista a wewnątrz mamy gatunkowo trzy różne wątki: obyczajowy, wojenny i sensacyjny.
To kolejne opowiadanie pana Ś-R, które ukazało się w serii „Żółta Okładka” (liczącej co najmniej 25 pozycji – „badania” wciąż trwają; okładki w niej były zazwyczaj niezwykle barwne, by przyciągnąć młodych czytelników), a pozostałe to: „Wieczór u Hanysa Dębiczka” oraz „Cień”. I to właśnie z „Cienia” zaczerpnięty jest pomysł na kompozycję recenzowanego utworu. Liczy on 47 stron, a cena okładkowa to 1,50 zł.
Akcja toczy się w Warszawie, na początku lat 50.
Na pływalni spotkali się czterej dwudziestoparoletni ludzie: radzieccy specjaliści z fabryki samochodów na Żeraniu – inżynier Arkasza (znaczitsa Arkadij ili Arkadiusz) i tokarz Kostia (a imienno – Konstantin Siergiejewicz) oraz dwaj Polacy – Staszek i on-narrator.
Kostia opowiedział o zdarzeniu, które miało miejsce w Moskwie na początku 1948 roku. Był on wtedy w wieku 18 lat i właśnie opracował patent na metodę obróbki metali skrawaniem. Odwiedził go wówczas w domu mężczyzna z wyglądu po pięćdziesiątce, wysoki i masywny, który przedstawił się jako Iwan, czyli Waniusza, a pochodził z Uralu. Poinformował on Kostię, że ten o włos wyprzedził go z ogłoszeniem wynalazku, niwecząc jego długotrwały wysiłek. Mimo zawodowej rywalizacji Iwan przekazał Kostii cenne uwagi usprawniające wynalazek. Więcej się już nie zobaczyli.
Arkusza stwierdził – na podstawie podanego przez Kostię imienia i rysopisu – że spotkał tego człowieka w styczniu 1945 roku w okolicach Gór Świętokrzyskich. Przyszły inżynier miał wówczas 20 lat i dowodził plutonem czołgów T-34, a Wania był czołgistą w stopniu starszyny. Arkusza widział jak w czasie ataku czołg Iwana został trafiony i stanął w ogniu. Był przekonany, że tamten zginął.
Staszek zaś opowiedział o zdarzeniu z wiosny 1944 roku, które miało miejsce w lasach ostrowieckich. Był on wtedy w wieku 17 lat i należał do oddziału partyzanckiego [AL], w którym był też Rosjanin Waśka. Oddział został otoczony przez Narodowców [NSZ] i tylko oni dwaj przeżyli tę konfrontację, choć znaleźli się w niewoli. Przewieziono ich do majątku Łysowody [folwark z willą należący do Róży Aleksandry z Druckich-Lubeckich] niedaleko Ćmielowa, gdzie trafili w ręce kapitana [Hubert Jura ps. Tom– oficer WP, AK i NSZ, agent gestapo i zbrodniarz wojenny, członek Związku Jaszczurczego i Brygady Świętokrzyskiej, agent wywiadu amerykańskiego, zbiegł do Ameryki Południowej, gdzie w roku 1971 jego ślad się urwał], który swoim ludziom zlecił „badanie” jeńców w celu ustalenia adresów członków PPR, Armii Ludowej i rad narodowych (na których miały być wykonane wyroki śmierci). Metody przesłuchania były bardzo brutalne, łącznie z polewaniem dłoni wrzącym olejem.
Pytanie, które coraz bardziej nurtowało rozmówców brzmiało: czy Iwan to Wania, a Wania to Waśka?
No cóż, mocno naiwne to opowiadanie. Dwie pierwsze opowieści nic konkretnego nie wnoszą (poza tym, że głoszą sukces produkcyjny i militarny ludzi radzieckich), natomiast trzecia choć lakoniczna, jest bardzo konkretna, ale jasna staje się dopiero po tym jak się w googla wpisze się hasło „Łysowody”. Drążąc dalej w internecie pojawia się ciekawa, dla mnie wcześniej zupełnie nieznana, historia, choć bardzo tragiczna, brutalna i gorsząca. I wiedza płynąca z rozwinięcia tego tematu jest jedynym owocem „Iwana”. Bo inaczej byłoby marnie.
