- Autor: Frender Igor
- Tytuł: Upiór w masce
- Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
- Rok wydania: 2023
- Recenzent: Tomasz Lada
LINK Recenzja Kingi Młynarskiej
LINK Recenzja Michała Lipki
LINK Recenzja Tomasza Lady

Kapitan Żbik dla starszaków. I to tych, dla których streamingowe hity w rodzaju „Harry’ego Hole’a” czy kolejnej ekranizacji Cobena nie są największym sztosem, jaki widziały. Ci i te zresztą raczej przez „Upiora w masce” nie przebrną. Frender bowiem z naszych popprzyzwyczajeń i coraz mniejszych wymagań drwi.
Ośmiesza protagonistów i antagonistów, a coraz bardziej zasklepione schematy po prostu roznosi. Można nazwać jego prozę anarchizującym żartem czy – chwilami bardzo dosadną – prześmiewczą dekonstrukcją zarówno formatów, jakie rządzą popkulturą, jak i buszujących po nich figur. Jednak w „Upiorze w masce” już wyraźnie widać, że w jego tekstach chodzi o wiele więcej.
Zresztą w ogóle trzecia część sagi o niebezpiecznej robocie najdzielniejszego, przeinteligentnego i megaprzystojnego kapitana poznańskiej milicji jest jej najdoskonalszą – jak dotąd – odsłoną. Dla zwolenników totalnego odlotu „Człowieka Jatki” i/czy kontrolowanego odjazdu „Morderczej protezy” ewolucja Frendera może być wręcz szokująca.
W „Upiorze w masce” pisarz zaskakuje konsekwencją i ocierającą się o precyzję dyscypliną. Bierze na warsztat kolejne popschematy – modnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych prozy milicyjnej o złu mającym swoje korzenie w wydarzeniach z czasów okupacji lub okresu tużpowojennego, klasycznego kina i literatury sensacyjnej klasy B, a nawet C, horroru rozgrywającego się w małej, zamkniętej, prowincjonalnej społeczności oraz detektywistycznej powieści „noir” o jedynym sprawiedliwym w mieście zła. Na dodatek wykorzystuje patent dramaturgiczny z pierwszej części cyklu „Krzyk”, a wszystko to podaje w anturażu rodem z serialu „07 zgłoś się”. Dużo tych inspiracji i wątków, ale – o dziwo – ani przez chwilę fabuła nie zbacza w stronę niepotrzebnych dygresji. Gna do przodu i – może nie trzyma w napięciu, ale sprawia, że trudno się od tej powieści oderwać.
Frender dokazuje tu, ile wlezie, ale robi to w sposób dużo bardziej wyrafinowany niż poprzednio. Dla entuzjastów tortów lądujących na twarzach, ludzi przewracających się na skórkach od bananów oraz fanatyków naszej telewizyjnej sceny kabaretowej ta powieść będzie zbyt sophisticated. Maska literackiego Bustera Keatona – z kamienną twarzą robiącego rzeczy urągające logice, kompletnie szalone – coraz lepiej leży na autorze. Tyle że w tym jego pisaniu chodzi teraz o coś więcej niż dostarczenie nam porcji dobrych i świetnych scen.
Umiejscowiony w 1989 roku „Upiór w masce” równie dobrze mógłby toczyć się współcześnie. I to nie dlatego, że autor niestarannie ustawił scenografię. O nie, w tym przypadku jest do bólu precyzyjny, jawi się jako szczególarz, opisuje najmniejsze detale. Czuć też jego miłość do opisywanych miejsc i zachwyt pięknem, jeżeli piękno to widzi. Ale Frendera chyba niespecjalnie interesuje sam 1989 rok. Bowiem tak naprawdę portretuje ponadczasową – na pewno niespecjalnie zmienioną przez ostatnich czterdzieści lat – polskość: facjaty, gesty, umysłowość i codzienne rytuały ludków zamieszkujących nad Wisłą i Odrą; ich kompleksy i małości, żałosne ambicje i powszechne niespełnienia. Zupełnie inne od tego, co widać w modnych dzielnicach wielkich miast i na zdjęciach w social mediach. Robi to w sposób lekki, znów – jak przy poprzednich powieściach – wywołujący płacz ze śmiechu, ale – jeżeli się nad tym zastanowić – ten portret jest na maksa dołujący. Na szczęście na zastanawianie się Frender nie pozostawia czytelnikowi wiele czasu, serwując co stronę kolejną porcję swojego szalonego, łamiącego konwencje humoru.
Zresztą konwencję pisarz łamie w jeszcze inny sposób. Jest – obok Wojciecha Chmielarza i Grzegorza Dziedzica – jednym z nielicznych polskich twórców, twórczyń czy osób twórczych popu, które wciąż poszukują i rozwijają się. A to już prawdziwa sztuka.
