Frender Igor – Kto widział ich śmierć 294/2026

  • Autor: Frender Igor
  • Tytuł: Kto widział ich śmierć
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo CM
  • Rok wydania: 2026
  • Recenzent: Tomasz Lada

LINK Recenzja Grzegorza Cieleckiego

Remake „07 zgłoś się”. Z przystojniejszym Borewiczem i aktywniejszym majorem. Dużo bardziej psychodeliczny i obrazoburczy niż oryginał. Na dodatek momentami – wiem, że to słowo dla wielu osób może być przerażające – filozoficzny. Jednak przede wszystkim, podobnie jak poprzednie powieści Igora Frendera o śledztwach Jana Jedyny, zabawny. Tyle że to humor zupełnie inny niż w znakomitym debiucie superprzystojnego i megainteligentnego milicjanta – „Człowieku Jatce”. Nie ma tu wywrotowej błazenady. Jest za to ostra satyra.
Frender bardzo się rozwija jako pisarz. Coraz sprawniej wypełnia formaty prozy sensacyjnej, by potem zabawić się ich dekonstrukcją. Dzięki temu czwarta, choć chronologicznie pierwsza, powieść o Jedynie jest jednocześnie – może nie trzymającą w napięciu, ale na pewno wciągającą – powieścią sensacyjną i piramidalnym żartem z takiej powieści. Przede wszystkim z cieszącej się przerażającą popularnością polskiej literatury retrokryminalnej, zwłaszcza w jej neomilicyjnej odmianie.
Pisarz odbrązawia i ośmiesza niechlujnie wykonane tekturowe standy antagonistów i protagonistów funkcjonujące w mainstreamie tego typu prozy, pokazując przy okazji, że tak naprawdę mentalność ich konsumentów nie zmieniła się przez ostatnie siedemdziesiąt, a na pewno sześćdziesiąt parę lat. Wciąż kupują kity o dzielnych, szlachetnych milicjantach oraz bardzo złych ludziach – często inspirowanych przez zachodnich, zwłaszcza niemieckich, rewanżystów – których muszą, dla naszego dobra oczywiście, wytropić i zapuszkować.
Inna sprawa, że tak naprawdę pod całym tym kryminalnym sztafażem historie o Jedynie stają się coraz bardziej powieściami o Polsce i Polakach.
„Kto widział ich śmierć?” mogłoby równie dobrze nosić tytuł (lub mieć podtytuł) „Zapasy w kartoflance” albo „Pijany balet w kapuśniaku”. Bo Frender odbrązawia nie tylko osoby dramatu polskiego kryminału retro i powieści neomilicyjnej, ale też jego tło – zarówno scenografię, jak i przemykających przez scenę statystów. Dzięki temu mamy tu do czynienia nie z rewią wyrafinowanych intelektualistów, lecz z postaciami walącymi wódą, tanimi fajkami, gotowaną kapustą i problemami z jamą ustną, przy których bohaterowie późnego Barei takimi intelektualistami się wydają. Pisarz piętnuje ponadczasowy polski prowincjonalizm (nasz i naszej popkultury) z siłą, o jakiej nasi popularni stand-uperzy mogą tylko pomarzyć. Intelektualnie jest kilka poziomów wyżej. Widać to także po tym, że choć obraz Polski i Polaków jest tu oddalony o lata świetlne od tego, jak sami siebie wyobrażamy, nikogo nie obraża. Nie przygląda się ludkom znad Wisły (no dobra – Warty, bo to wielkopolanin, co się zowie) z wyższością przedstawiciela wielkomiejskich elit. Po prostu nie podlizuje się, żeby więcej sprzedać. Wali prosto z mostu. Pokazuje, jak tu jest. I za to należy mu się co najmniej jeszcze jedna gwiazdka.