Edigey Jerzy – Elżbieta odchodzi 252/2026

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Elżbieta odchodzi
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria: seria Z Tukanem
  • Rok wydania: 1968
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Agnieszki Kucińskiej
LINK Recenzja Ewy Helleńskiej

Inżynier Adam Wojciechowski po powrocie z pracy nie zastaje w domu swojej żony, Elżbiety; wygląda na to, że kobieta gdzieś na chwilę wyszła, gdyż w kuchni stoi garnek z obranymi ziemniakami.

Gdy jednak Elżbieta nie wraca, inżynier zgłasza sprawę milicji, a potem przyjacielowi, pułkownikowi Zygmuntowi Jareckiemu; wszyscy bagatelizują sprawę do chwili, gdy zdają sobie sprawę z tego, że Wojciechowski jest znanym wynalazcą i od trzech lat pracuje nad działem laserowym, które będzie wykorzystane w obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Zniknięcie Elżbiety może opóźnić pracę inżyniera i dlatego sprawą interesuje się major Pałkowski z kontrwywiadu; po rozmowie z Wojciechowskim nabiera on pewności, że jego żona jest szpiegiem i będzie chciała uciec za granicę.

W wyniku śledztwa okazuje się, że Elżbietę w dniu zaginięcia widziano w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy zabrali ją gdzieś syreną koloru kawowego. Major Pałkowski szybko odkrywa też, że poszukiwana kobieta w rzeczywistości przed dwoma laty zmarła na gruźlicę i została pochowana na cmentarzu w Zakopanem; jej personalia przejęła agentka, która przyjechała do Polski jako Monique Leclerc, profesor muzykolog ze Szwajcarii i tu upozorowano jej śmierć w wypadku samochodowym. Wkrótce na dworcu w Częstochowie z pociągu do Wiednia wyskakuje kobieta, która żąda zaprowadzenia na milicję; twierdzi ona, że nazywa się Elżbieta Wojciechowska i miała być wywieziona za granicę.

To jest książka, która doskonale oddaje nastroje panujące w Polsce pod koniec lat 60.: parszywi, niemieccy szpiedzy polują na polską myśl techniczną; pisali o tym i Anna Kłodzińska i Kazimierz Korkozowicz i Krystyn Ziemski i cała masa „labiryntowych” wyrobników, napisał więc i Jerzy Edigey – i, niestety, napisał bardzo słabo. Wszystko jest tu jasne od samego początku, nie ma większego zaskoczenia, treść jest nieznośnie zero-jedynkowa i łopatologiczna i można się tylko zastanawiać, czy autor nie dostał jakichś wytycznych, żeby właśnie tak miało to wszystko wyglądać. Poza tym jest wręcz rozczulająco naiwnie: inżynier Wojciechowski jest łatwowierny jak dziecko, pilnujący go kontrwywiad zapomina, że w jego domu też go trzeba mieć na oku, a wiarę w to, że pani Elżbieta kończy swoją działalność bez żadnych konsekwencji można chyba włożyć między bajki. A może tak miało być? z jednej strony bezwzględni Niemcy, a z drugiej łaskawy polski sąd, który wybacza i daje drugą szansę? To wszystko powoduje, że tej książki po prostu nie warto czytać; uważam, że jest to jedna z gorszych książek Jerzego Edigeya.

A zanim tę książkę wydano w 1967, a następnie w 1973 roku drukowano ją w odcinkach w od marca do maja 1967 roku w „Trybunie Robotniczej”; ma ona też swoje czeskie wydanie z 1970 roku pod tytułem „Alžběta se nevrací” oraz trzy rosyjskie w antologiach z 2018, 2020 i 2022 roku pod tytułem „Зльжбета уходит”. A ostatnie polskie wydanie pochodzi sprzed niespełna trzech miesięcy.