- Autor: Kowalewski Stanisław
- Tytuł: Ślady białego księżyca
- Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
- Seria: Klub Siedmiu Przygód
- Rok wydania: 1972 (wyd. III)
- Nakład: 30235
- Recenzent: Robert Żebrowski

Opowieść o karuzeli, gangu, wiatrówce Ewy, groźnym szefie i rozbiciu kiosku, czyli samolot do Rzeszowa, autobus do Sanoka i pociąg do Warszawy
To czwarta książka Stanisława Kowalewskiego, którą recenzuję. Liczy ona 196 stron, a swoje pierwsze wydanie miała w roku 1963. Rok wydania egzemplarza, którym dysponuję jest podwójny – na stronie tytułowej figuruje 1972, a w stopce 1971. Powieść ukazała się w dwóch monumentalnych młodzieżowych seriach wydawniczych: Klubie Siedmiu Przygód i Bibliotece Młodych.
Akcja toczy się w Warszawie i Sanoku, w sierpniu 1962 roku, a rozpoczyna dnia 12 tego miesiąca, kiedy to z radzieckiego kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie wystrzelono statek kosmiczny Wostok 4 z ukraińskim kosmonautą, podpułkownikiem Armii Radzieckiej, Pawłem Popowiczem, który odbył spektakularny lot grupowy wokół Ziemi wraz z przebywającym już w kosmosie statkiem Wostok 3 z kosmonautą Andrijanem Nikołajewem. To też czas, kiedy w każdym warszawskim tramwaju był konduktor, a żeby wejść na nadwiślańską plażę należało wykupić w kasie bilet.
12-letni Tomek ze Służewca ps. Pilot miał tylko jedno marzenie – zostać kosmonautą, i to jak najszybciej. Fantazje na temat swoich lotów kosmicznych na Marsa, Wenus i Saturna, a nawet na planetę Farandolę, snuł regularnie, zarówno na jawie, jak i we śnie, niezależnie od tego, gdzie się znajdował. W wakacje miał na to więcej czasu, tym bardziej, że w domu przebywał praktycznie sam. Ojciec wracał z pracy po szesnastej, a wieczorami chodził do znajomych na brydża, matka zaś wyjechała do sanatorium w Krynicy. Chłopak codziennie słuchał komunikatów Polskiego Radia Warszawa o locie Wostoków i codziennie też spotykał się ze swoim kolegą Jędrkiem ps. Kit, którego starał się zarazić profesją kosmonauty.
Któregoś dnia, na Wesołym Miasteczku, Tomek podsłuchał rozmowę dwóch nygusów – Lufki i Japy z ich szefem, z której wynikało, że jako „pracownicy operacyjni”, na jego zlecenie, okradają ludzi z ciuchów i przynoszą do niego zdobyte fanty. Szefem tym był Gruby Dżek vel Atomowiec, kierownik WM, typ ze szklanym okiem. Niedługo potem, Pilot i Kit byli świadkami rozboju dokonanego przez Japę i jakiegoś drugiego chłopaka w pobliskim parku. Ofiarami były dwie dziewczynki. Jedna z nich – Ewa straciła plastikową wiatrówkę oraz torebkę z dziesięcioma złotymi, a jej koleżanka Krystyna torebkę z misiem-maskotką. Chłopcy przegonili napastników, ale skradzionych rzeczy nie odzyskali. Tomek obiecał, że postara się wytropić przestępców, a Ewa dała mu numer swojego telefonu. Jego dochodzenie w tej sprawie doprowadziło do tego, że Pilot wpadł w łapy Japy i Teddy’ego, do których później dołączył Pypeć. No i zaczęła się kosmiczna awantura…
Jakby wykreślić z książki wszystkie te „kosmologizmy” to powstałoby całkiem ciekawe opowiadanie. Tomek, choć młody, to chłopak z klasą i z charakterem, a do tego inteligentny i odważny, czym wzbudza sympatię czytelnika. Fabuła wcale nie jest dziecinna, a autor umiejętnie i delikatnie wplótł w nią wątki i cytaty z cyklu „samo życie”. Ogólnie wyszło nieźle.
Ciekawe cytaty:
– „W sierpniu trzeba się owoców najeść na cały rok.”
– „Zupa z gwoździa to taka zupa dla samotnych mężczyzn. Wrzuca się do garnka wszystko, co mamy pod ręką (…) Pieczeń ze sztokfisza to nasza dobra znajoma, kiełbasa.”
PRL-ogizmy: Stadion Dziesięciolecia, Bazar na ul. Lubelskiej, radio „Szarotka”, stacja radiowa Warszawa II, gwizdana melodia z filmu „Marsz na rzecze Kwai” (pojawiła się również w innych młodzieżowych kryminałach: „Kryptonim Czarna Morwa”, „Równy chłopak i Rezus” oraz „Zorro, załóż okulary”) znana jako „Colonel Bogey March” – Ci, którzy jej nie znają mogą ją przesłuchać na YouTube pod hasłem Colonel Bogey March Most na rzece Kwai.
