Edigey Jerzy – Alfabetyczny morderca 73/2026

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Alfabetyczny morderca
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1981
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Ewy Helleńskiej
LINK Recenzja Anny Błaszczyńskiej

Zabiegowo to najmniejsze miasto w województwie katowickim; stanowi ono jednak ważny węzeł kolejowy, gdyż przecinają się tam szlaki handlowe. Od dwóch miesięcy miasto żyje w panice – zostały popełnione cztery zbrodnie, a pierwsze litery nazwisk ofiar odpowiadają pierwszym kolejnym literom alfabetu.

Miejscowa komenda milicji cierpi na braki kadrowe i dlatego na pomoc zostaje oddelegowana z Częstochowy porucznik Barbara Śliwińska; major Stanisław Zajączkowski, „typowy stary kawaler z wszystkimi uprzedzeniami do płci pięknej”, jest tym faktem wręcz zbulwersowany („Baba! Na diabła mi tutaj baba?”) i postanawia, że to właśnie ona będzie prowadzić tę sprawę – oczywiście, pod jego nadzorem („Jeśli ci panowie z województwa są tacy mądrzy i pakują mi jakąś babę na kark, to niech ona pokaże, co umie” – rzecz jasna, wiadomo, kto będzie ojcem sukcesu w przypadku udanego śledztwa, a kto beknie w przypadku porażki). Porucznik Śliwińska nie przejmuje się chłodnym przyjęciem i z miejsca zabiera się do pracy; szybko też dochodzi do wniosku, że głównym celem mordercy była jedna ofiara, a pozostałe trzy miały skierować śledztwo na fałszywy trop.

To jest dość zgrabny, ale bardzo przewidywalny i trochę przaśny kryminałek; chyba nietrudno domyślić się czym się skończy to powarkiwanie majora na panią porucznik: na ślubnym kobiercu jeszcze nie stanęli, ale ostatni rozdział zostawia w tej kwestii szeroko otwartą furtkę. Akcja toczy się wartko, kobieca intuicja i logika wygrywa z ocierającym się o męski szowinizm zacietrzewieniem, a czyta się to wszystko leciutko; przyznam jednak, że realizm tej intrygi jest jakoś mało wiarygodny – w małym mieście popełniono cztery morderstwa, możliwe, że zanosi się na piąte, a jakiejś napiętej atmosfery nie widać. I w tym momencie przypomniałem sobie psychozę jaka panowała na moim osiedlu, kiedy okazało się, że kilkadziesiąt metrów od naszego domu Paweł Tuchlin, seryjny zabójca kobiet grasujący na Pomorzu na przełomie lat 70. i 80. zamordował jedną ze swoich dziewięciu ofiar – przez dłuższy czas kobiety idące na osiedle z pętli tramwajowej nie szły pojedynczo, tylko gromadziły się w większe grupy. Sama historia przedstawiona jest w typowym dla Edigeya, lekko gawędziarskim stylu; nie jest to złe, ale z drugiej strony treść nie pozostawia po sobie zbyt wiele. Postać mordercy wydaje mi się trochę wydumana; jego motywacje, by zostać westernowym egzekutorem prawa również są dla mnie trochę pretensjonalne i ogólnie historia wydaje mi się jakoś mało realna. A może głównym celem autora było lekkie utemperowanie męskiego szowinizmu? w końcu to pani porucznik musiała przyjechać z odsieczą męskiej załodze komendy milicji i pokazać jej jak poprowadzić śledztwo.

Ale najbardziej zaintrygowała mnie inna rzecz: pierwotnie powieść była drukowana w 1976 roku w „Kurierze Polskim”, a druk książki zakończono w grudniu 1980 roku. Z czego mogła wyniknąć ta czteroletnia obsuwa? Mamy oto scenkę w której pani porucznik patrzy przez okno w komendzie na główną ulicę Zabiegowa – i co tam widzi? Szewc naprawia buty, sklepowa w pasmanterii ubiera manekina, a z kolei „u rzeźnika o tej porze, a dochodziła właśnie druga po południu, haki były już prawie puste. Na kilku wisiały pętka kiełbasy śniadaniowej, nie cieszącej się zbyt wielkim wzięciem na Śląsku. Z mięs dziewczyna widziała jedynie przerastały boczek i świńskie ryje. Krupniok i kaszankę już sprzedano, toteż personel sklepowy zajęty był rozmową. Żaden klient im nie przeszkadzał”. No, no… Jerzego Edigeya było wcześniej stać na różne ryzykowne zdania, więc tym opisem nie jestem zaskoczony, ale… no właśnie – kiedy książka trafiła do księgarni, to w sklepach mięsnych faktycznie królowały puste haki, ale czy tak było już w 1976 roku? I dlatego powiem jedno: chciałbym zobaczyć oryginalny tekst z „Kuriera Polskiego” i sprawdzić, czy jest tam ten fragment – gdyby był, to mógłby to być dowód na przytrzymanie na cztery lata wersji książkowej. A gdyby go nie było? I znowu dochodzimy do ryzykownej teorii, podobnej do tej w „Zdjęciu z profilu”, że autor mógł dostawać jakieś sugestie, żeby coś dopisać – i od razu zaznaczam: to jest tylko moja niczym nie poparta teoria; szkoda więc, że nie ma dostępu do archiwalnych numerów „Kuriera Polskiego”, bo od razu można by ją zweryfikować.

Tak czy inaczej nie jestem tą książką zachwycony; można przeczytać, krzywdy nie zrobi, ale wydaje mi się, że utrzymana w zbliżonej stylistyce „Zbrodnia w południe” jest o niebo lepsza – przede wszystkim jest oryginalniejsza, nie tak bardzo wzorowana na Agacie Christie i w końcowych fragmentach nie tak bardzo dydaktyczna. A z ciekawostek: książka poza Polską została wydana w pięciu językach ale pod sześcioma tytułami: w 1985 roku po słowacku („Vraždy podl’a abecedy”), w 1986 roku po niemiecku („Mord nach Alphabet”), w 1990 roku po bułgarsku („Азбyчният убиeц”), a w 1991 roku po ukraińsku („Смерть за алфавітом” – od razu jednak uprzedzam: okładki tego wydania już się nie da odzobaczyć); mamy też dwa wydania rosyjskie: w 1990 roku jako „Убийcтвa в aлфaбитнoм пopядкe” razem ze „Starszą panią w Holandii” Klary S. Meraldy, a w 2025 roku jako „Убийcтвa пo aлфaбитy” razem ze „Strzałem na dancingu” i powieścią „Najgorszy jest poniedziałek” jako dziesiąty tom dzieł zebranych Edigeya w eleganckiej, twardej oprawie.