- Autor: Daleszak Bogdan
- Tytuł: Zagrozić miastu
- Wydawnictwo: Iskry
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1980
- Nakład: 100300
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Norberta Jeziolowicza

Podczas patrolu wrocławskich ulic w wielkanocną, kwietniową noc 1976 roku zostaje ugodzony nożem kapral Kielar; przestępca wyrywa mu też służbowy pistolet i ucieka do „Parafii”, dzielnicy miasta okrytej szczególnie złą sławą. Milicja powołuje do życia grupę dochodzeniowo-śledczą „K-18” ale jej praca nie przynosi rezultatów; tymczasem po dwóch miesiącach strażnik jednego z przedsiębiorstw zostaje przez przestępców zastraszony pistoletem Kielara i oddaje im własny.
Po kolejnych dwóch miesiącach dwaj bandyci kradną służbowe pistolety dwóm strażnikom pilnującym więźniów podczas prac budowlanych; grupa przestępcza oprócz broni dysponuje prawdopodobnie również mundurami milicyjnymi skradzionymi podczas włamania do jednego ze sklepów. Milicja zakłada, że celem bandytów jest zdobycie większej ilości broni w celu większego rabunku; niewykluczona jest też działalność terrorystyczna lub zamierzenia o podłożu politycznym. Mnożą się pospolite włamania, ale dopiero listopadowy napad na kiosk „Ruchu” staje się przełomem w śledztwie – w jego trakcie zostaje użyty jeden z pistoletów zrabowanych strażnikom więziennym.
To jest dosyć mocna i solidna ale trochę zbyt drętwa książka; owszem, mrówczej, wręcz benedyktyńskiej pracy milicjantów chyba nie można było pokazać w innej formie ale chwilami trochę męczy czytanie wręcz dziennikarskich opisów operacyjnych narad czy odpraw. Te wręcz stenograficzne sceny przeplatane są historią Anny Bonieckiej, która nieświadomie ukrywa szefa przestępczej bandy – i przyznam, że jakoś trudno mi było uwierzyć w rozpaczliwą naiwność kobiety, bądź co bądź, doświadczonej przez życie: samotna, czterdziestoletnia rozwódka daje się jak dziecko omotać bezwzględnemu hersztowi i wierzy w każdą jego bajeczkę, nawet po znalezieniu ukradzionej broni i milicyjnych mundurów. A może kobiecy lęk przed samotnością tak wygląda? Trudno mi powiedzieć; w każdym razie mnie ten motyw nie przekonuje. Książka jest więc swoistą sagą przestępczej rodziny, pewnego rodzaju kalendarium jej działalności i historią jej rozpracowania; mamy tu konkretne daty, miejsca i adresy, a nawet programy telewizyjne: bohaterka ogląda enerdowski serial „Telefon 110”, a potem „Lemoniadowego Joe” i bez żadnego wysiłku możemy sprawdzić, że pojawiły się te pozycje w telewizji w wielkanocną niedzielę 1976 roku – i zastanawiam się, czy Bogdan Daleszak, wrocławski dziennikarz, nie wykorzystał w tej powieści zdobytych przez siebie materiałów. Jest to więc dobra, solidna pozycja na którą można poświęcić chwilę czasu; szkoda tylko, że nie można dotrzeć do internetowych wydań wrocławskich dzienników, zwłaszcza „Gazety Robotniczej”, i zobaczyć jak relacjonowano tę historię. A jako ciekawostkę podam, że książkę wydali w 1985 roku Słowacy pod tytułem „Hrozba mestu”.

