Andrews Maurice S. – Dymisja nadinspektora Willburna 67/2026

  • Autor: Andrews Maurice S.
  • Tytuł: Dymisja nadinspektora Willburna
  • Wydawnictwo: ISKRY
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1975
  • Nakład: 100270
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

W obskurnym hoteliku w londyńskiej dzielnicy Maida Vale zostaje uduszona szalem Fancy Moore, kobieta, która „była osobą łaskawą dla mężczyzn”; do hotelu przybyła poprzedniej nocy z mężczyzną podającym, że nazywa się Birtsch.

Sprawę obejmuje szef wydziału zabójstw, nadinspektor Edward Willburn, jedyny w swoim rodzaju mistrz Scotland Yardu, który „nie potrafił działać prosto; w zbrodni odnajdywał chorobę geniuszu; właśnie dlatego bywał bezsilny w sprawach tuzinkowych. Niezastąpiony jednak talent okazywał tam, gdzie jego pracownicy stawali bezradni”. Willburn nie wierzy w zeznania właściciela hotelu i uważa, że to właśnie on udusił Fancy Moore; intryguje go też to, że tej nocy wszystkie pozostałe pokoje w hotelu nie były zajęte.

Tymczasem następnej nocy w innym hotelu na krańcu dzielnicy Paddington zostaje uduszony pracownik Scotland Yardu Bent Ashley; Willburn nie może oprzeć się wrażeniu, że istnieje jakiś związek między tymi zbrodniami. Wkrótce w hotelu w którym zginęła Fancy Moore Willburn odkrywa ukryty za odsuwającą się ścianą pokój, a w nim zapiski dotyczące dystrybucji heroiny; notatki wiodą do londyńskiego portu, gdzie statek pod panamską banderą ma lada dzień przyjąć dwieście tomów jubileuszowego wydania dzieł Percy’ego Shelleya.

Na początku trzeba wyjaśnić: Maurice S. Andrews to po przestawieniu słów i przetłumaczeniu na język polski Andrzej Maurycy S. czyli Szczypiorski. „Dymisja…” to jego druga książka i mam wrażenie, że trochę ją za bardzo wystylizował; w efekcie sama kryminalna intryga zrobiła się przekombinowana. Tytułowemu nadinspektorowi Willburnowi trochę brakuje jakiegoś charakterystycznego dla niego stylu; jest trochę inspektorem Alanem Grantem, trochę Herkulesem Poirot, a trochę stylizowany jest na jakiegoś pruskiego generała. Ale z drugiej strony autor pokazał w jego postaci starą, odchodzącą szkołę: w scenie obławy na panamski statek towarzyszą mu młodzi tajniacy „o twarzach młodych bokserów”; Willburn „nie miał sympatii do tych hałaśliwych i naiwnych tajniaków, zapatrzonych bezkrytycznie w amerykańskie wzory; nie wyobrażał sobie, co będzie za lat piętnaście, kiedy ci krzykliwi awanturnicy zajmą miejsca spokojnych panów zasiadających dzisiaj w gabinetach kierowników Yardu”. Szkoda, że autor nie rozwinął tej postaci; wiemy, że jest to zamożny, samotny wdowiec, ma 53 lata i postanawia po skończonej sprawie „podziękować za wieloletnią pracę i zająć się kolekcją swoich sztucerów w Cork”; swoją drogą, jego motywy odejścia ze służby wydają mi się jakoś dziwacznie wydumane.

A sama intryga wygląda mi na trochę niedopracowaną: niby wszystko jest na miejscu ale brakuje mi tu jakiegoś napięcia; nie ma tu jakiejś kulminacji – książka kończy się tym, że Willburn przy kieliszku w aptekarski sposób relacjonuje swojemu podwładnemu jak doszedł do rozwiązania sprawy i robi to na niemal trzydziestu stronach. Osobiście też poczułem się trochę niewyraźnie, kiedy młody porucznik mówi o podinspektorze, który miał zawał: „To był stary człowiek. Starzy ludzie…”; porucznik w tym momencie urwał zgromiony wzrokiem Willburna, który był w wieku zawałowca, a ja w tym momencie lekko się zjeżyłem. Tak czy inaczej uważam, że nie jest to książka zła ale mogła być o wiele lepsza; jest po prostu trochę nijaka i pewnie wkrótce uleci z mojej pamięci. A jako ciekawostkę podam, że wydano ją w Polsce aż cztery razy: w 1959, 1966, 1975 i 1990 roku; jest też audiobook; są dwa wydania prasowe w „Gazecie Zielonogórskiej” i „Echu Krakowa”; jest też wydanie czeskie („Posledni připad inspektora Willburna”) i słowackie („Demisia inšpektora Willburna”).