- Autor: Maurice S. Andrews
- Tytuł: Dymisja nadinspektora Willburna
- Wydawnictwo: ISKRY
- Seria: Klub Srebrnego Klucza
- Rok wydania: 1975
- Nakład: 100270
- Recenzent: Grzegorz Cielecki
LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

Dusiciele grasują w londyńskich hotelach
Andrzej Szczypiorski na początku swojej kariery literackiej popełnił kilka pseudoanglosaskich powieści kryminalnych (jako Maurice S. Andrews), z których dwie – „Dymisja nadinspektora Willburna” oraz „Zagadka w Punham” na dobre zadomowiły się w Klubie Srebrnego Klucza, gdyż doczekały wydania zbiorczego.
A było jeszcze kilka innych wznowień. Potem pisarz poszedł w kierunku literatury wysokiej, a „Msza za miasto Arras”, dzięki znakomitej interpretacji Janusza Gajosa, w przeróbce na monodram, do dziś święci triumfy. I nie przeszkadza temu fakt, że Szczypiorski okazał się tajnym współpracownikiem służb, co wyszło na jaw już po śmierci pisarza. A były czasy, kiedy media kreowały go na moralny autorytet. Takie to bywają powikłane ludzkie losy. Wróćmy do „Dymisji nadinspektora Willburna. Oto w podrzędnym hotelu na przedmieściach Londynu zostaje uduszona niejaka Fancy Moore. Zanim na miejsce przybywa tytułowy nadinspektor Willburn (konserwatysta polegający wyłącznie na przymiotach własnego umysłu), na miejscu jest już dwóch ludzi z jego ekipy – podinspektorzy Silas i Groves. Poza tym w hotelu był jeszcze tylko portier. Wspomnijmy, że słowo fancy to po angielsku tyle, co wymyślny, kosztowny, fantazyjny. Czy zatem Fancy Moore była babką z fantazją, co to tuła się z podejrzanymi typami po podręcznych hotelach? Taki mógłby być pierwszy trop – jakiś zazdrosny kochanek wziął i udusił. A może był jakiś amator nadmiernych wrażeń? Inspektor Groves narzekał na przechył prostackich morderstw w zawodowej karierze. Zacytujmy: „Jakieś wstrętne noże, kastety, jakieś burdele i podejrzane hoteliki, poranione prostytutki, zmasakrowani sutenerzy”. Czyżby zatem znowu coś w ten deseń (jak zwykł mawiać mój przyjaciel Tomek) ? Tym bardziej, że spotykamy niewiele dalej twierdzenie, że Fancy była kobietą łaskawą dla mężczyzn, którą to frazę z właściwą sobie pieczołowitością wychwycił już Klubowicz Mariusz Młyński w swej recenzji, ale mnie też ona urzekła. Rychło jednak wychodzi na jaw, że pani Moore była związana z aferą narkotykową i trop prowadzi na nabrzeże, do statku pełnego przemytników. Policja zwiera szeregi i rusza w pościg. Tymczasem na innym londyńskim zadupiu, w innym podejrzanym hoteliku zostaje znaleziony, a jakże – także uduszony policjant Ashley. Miał się tu spotkać ze swoją narzeczoną. Czy obie sprawy mają ze sobą związek – skoro tu i tu duszą, i tu i tu w podejrzanych hotelach?
Powieść niewątpliwie ma swój klimat i dość udaną atmosferę wyimaginowanego Londynu. Lepsza jest właśnie w warstwie opisowej niż fabularnej. Trochę bowiem za dużo jest tu rozważań Willburna i podwładnych, a za mało akcji. Natomiast samo rozstrzygnięcie, choć pomysłowe, wydaje się nadto naciągane, w kilku miejscach wątpliwe logicznie i zanadto sztywno bazujące na kryminalne anglosaskim. Myślę, że autor traktował pisanie kryminałów jako pewną wprawkę stylistyczną i naukę budowania fabuły. Na polu kryminału anglosaskiego wyżej stawiam Wirgiliusza Randońskiego czyli Noela Randona, a oczywiscie najwyżej Macieja Słomczyńskiego czyli Joe Alexa. Ale i przy Szczypiorskim można mieć sporo niezłej zabawy i pewien poziom on trzyma. Na pewno więc sięgnę niebawem po „Zagadkę w Punham”, tym bardziej, że oba tytuły mam w jednym, wznowieniowym woluminie. (Kluczyk 1966). Poza tym warto zwrócić uwagę, że autora stać zarówno na jowialność godną samego Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego: „Opryszek zwany Stump, był zwalistym kolosem o nikłym owłosieniu i dobrodusznych oczach wujaszka z prowincji. Miał dłonie jak łopaty”; jak również na zupełnie zaskakujący humor: „-W ciągu ostatnich dziesięciu lat każda kobieta, której dotykałem była już martwa”. To nie spowiedź nekrofila tylko życiowa konstatacja inspektora Grovesa.
