Stępowski Tadeusz – Serwacy Wilkierz – prywatny detektyw 504/2025

  • Autor: Stępowski Tadeusz
  • Tytuł: Serwacy Wilkierz – prywatny detektyw
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Łódzkie
  • Rok wydania: 1973
  • Nakład: 20280
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Z Ostródy lecim na Grójec, a potem na Wielbark, Wołomin omijając szerokiem łukiem, czyli kryminał drogi

Tadeusz Stępkowski (1908-1971) jest autorem kryminału z serii „Biblioteczka Ziem Zachodnich” zatytułowanego „Awantura w Ostródzie”, który ma recenzję popełnioną przez naszego Prezesa. Recenzowana przeze mnie pozycja liczy 181 stron, a jej cena okładkowa to 10 zł.

Akcja rozpoczyna się w Ostródzie, by regularnie przenosić się w inne rejony kraju, a toczy w lipcu 1968 roku.

W czasie spotkania dwóch pisarzy – Marka Wranica i Serwacego Wilkierza, w domu tego pierwszego, do pokoju, w którym siedzieli wpadł pocisk, który po rozbiciu szyby utkwił w drzwiach. Nie zastanawiając się długo, który to z nich dwóch miał być ofiarą, koledzy podzielili się zadaniami. Marek wyskoczył przez okno i pobiegł za sprawcą, a Serwacy – z uwagi na niedziałający telefon – ruszył się do powiatowej komendy MO nazywanej „twierdzą spokoju publicznego”, by powiadomić o zdarzeniu. Na oględziny mieszkania udał się sierżant Mikołaj Ogłaza wraz z plutonowym Kądzielą. Ustalono, że strzał oddano ze sztucera. Maciej Piaszczycki, dozorca jednego z pobliskich budynków, zeznał, że widział jak Wranic został wciągnięty do Wartburga, który odjechał w stronę centrum miasta. Dochodzenie w tej sprawie wszczął porucznik Wiktor Matula. Wilkierz, który pisał kryminały, postanowił zabawić się w detektywa. Razem z dozorcą oraz taksówkarzem Włodkiem Kołdońskim ruszyli do Mławy. Dlaczegóż właśnie tam? Otóż Wracnic opublikował w gazecie „Warmiński Dzwon” artykuł pt. „Rak czai się w truskawkach?” o plantatorach spod Mławy opryskujących hodowane przez siebie truskawki rakotwórczymi środkami. Artykuł ten sprawił, że olsztyńscy hurtownicy przestali od nich skupować owoce. W redakcji gazety zjawili się dwaj plantatorzy szukający Wranica. „Jeden wołał, że go zastrzeli, a obaj, że wezmą za łeb, zawiozą na to swoje poletko i każą wszystkie truskawki zeżreć, co by się przekonał, że nie szkodzą”.

Po drodze poszukiwacze zatrzymali się w Gietrzwałdzie. Okazało się, że pod lasem ktoś strzelał do Augusta Nikielkowskiego, na szczęście niecelnie. August zaś prowadził gospodarstwo rolno-hodowlane i żadnych artykułów do gazet nie pisał. Wilkierz zachodził w głowę: „Kto do nas strzelał (…) I do Nikielkowskiego też?” Trzeba przyznać, że nasi poszukiwacze nieźle się rozbujali, bo tropiąc Wartburga odwiedzili także: Olsztyn, Olsztynek, Mławę, Warszawę, Grójec, Urle i Wielbark. W międzyczasie ustalili, że poza Wranicem ofiarą porywaczy padł też niejaki Szczepan Senck. W drodze powrotnej odwiedzili jeszcze Szczytno, w którym spotkali się z kapitanem Mirkiem Czechem ps. Żuczek – komendantem KP MO w Tarłowie, który rozwiązał całą tę sprawę.

Trzeba przyznać, że ciekawe było to prywatne dochodzenie: tu pojechali, tam się zatrzymali, pojedli, popili, kogoś odwiedzili, porozmawiali i dalej w drogę.

„- Tylko nie na Wołomin – Dlaczego? – Ciebie bardzo szanuję Serwacy i twoje książki czytam, ale ty przez całe życie takiego romansu nie wykombinujesz, jaki nam wołomińska brać może od ręki sprezentować”.

„Urle! (…) Jak mnie od Wołomina i Kobyłki odstręczyło, tu bywałem”.

– „Przelecieli panowie szanowne przez Sadów jak sputnik lepszej sorty”

– „Na mijanym drogowskazie: „Pułtusk 10 km”. Kwadrans rwą prostą jak strzała szosą na Przasnysz, omijając z lewej strony Maków, przecinają sławne zaścianki szlachty zagrodowej, Krasne, Leszna, a za ominiętym z prawej strony Przasnyszem – Mchowo i Krzynowłogę i oto Chętnikiem rozsławione Chorzele”.

Dialog w knajpie: „- Zakropka – Pywo duże – Golonkę podać? – Po co golonkę? Jeszcześmy bigosu nie wtranżolili – Bo piwo pod golonkę przynależy. Z takim bigosem zgaga piecze – Dawaj, koleś, litra!”

Menu biesiady w Wielbarku: Podano „olbrzymi pasztet z królika, kwiczołów i innego drobiu, wielką malowaną w piwonie donicę zimnych nóg, czyli wieprzową galaretę, pieróg grzybno-kapuściany, pęto suchej myśliwskiej kiełbasy, ćwiartkę cielęciny na zimno, dwa wędzone węgorze i dwa słoiki rolmopsów, musztardę własnego wyrobu, ćwikłę, chrzan, korniszony, tudzież kiszone ogórki z beczki, grzybki marynowane, pieczywo, a z napojów: nowy gąsiorek czerwonobrunatnego płynu, który – jak wkrótce przyjezdni zbadali – okazał się świetnym piwem jałowcowym, nieco mniejszy gąsiorek wina z młodych pędów sosnowych – trunek o właściwościach kuracyjnych, trzy butle po winie mocniejszej ingrediencji o aromacie chińskiego koniaku”. Nic tylko ruszać do Wielbarku,

Książka ta ma wszystkie niezbędne elementy powieści milicyjnej: zagadkę kryminalną, dochodzenie milicyjne i prywatne, rozwiązanie sprawy, ale trudno ją nazwać kryminałem. To specyficzna powieść drogi z pewną dozą humoru, o walorach krajoznawczych i „gastronauckich”. I to tylko z tych powodów można uznać ją za nienajgorszą. Jestem przekonany, że autor pod postaciami przynajmniej niektórych bohaterów ukrył swoich przyjaciół lub znajomych, ale „szyfr” ten mogliby złamać jedynie bliscy znajomi autora.

PRL-ogizmy: Ostróda – lokale gastronomiczne: restauracja „Zacisze”, kawiarnia „Pół Czarnej”, „Frykas”, „Bar-Sam” i restauracja „Tawerna”, PGR Ramty (samodzielna jednostka w ramach Inspektoratu PGR Biskupiec), Olsztyn – Dom Stowarzyszeń Twórczych [właściwie Dom Środowisk Twórczych przy ul. Mickiewicza 2, tzw. „Dom pod maskami”, otwarty w roku 1966], Olsztynek – restauracja „Stylowa” odznaczona „Złotą Patelnią” [de facto „Srebrną Patelnią Światowida” w ogólnopolskim konkursie na najlepsze danie, i to dwukrotnie], samochody – Wartburg, „Szewroleta”, Fiat, Skoda, Warszawa, Star, maszyny do pisania – „Remington” i „Olimpia”, Wydawnictwo MON, elewi szkoły milicyjnej w Szczytnie w stopniu sierżant podchorąży.