Szczawiński Józef – Ślady nikną na pustyni 14/2008

  • Autor: Szczawiński Józef
  • Tytuł: Ślady nikną na pustyni
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Labirynt
  • Rok wydania:1990
  • Nakład: 80000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Gorącym tropem w nicość

Już sam tytuł „Ślady nikną na pustyni” wydaje się intrygujący w powieści Józefa Szczawińskiego. Przecież w Polsce nie ma pustyń, jeżeli nie liczyć Pustyni Błędowskiej, ale to już pustynia jedynie z nazwy. Mimo to utwór zaczyna się jak typowa powieść milicyjna. Szybko jednak uciekamy w gatunek, który można by określić jako mocną męską prozę przygodową. Taka jest niespodziewana wolta autora. A pustynia znajduje się w Iraku.

Cała, dość pogmatwana historia opowiedziana jest w punktu widzenia pracownika Instytutu Materiałów Budowlanych, którego przyjaciel – Antoni, jak się dowiadujemy zaginął, a następnie zginął w Iraku. Odpowiednie służby, dziś powiedzielibyśmy służby specjalne, składają propozycję nie do odrzucenia – pojechać do Iraku pod pozorem podróży służbowej, oczywiście delegacja będzie wzbogacona o oficera tychże służb i zbadać sprawę. Wiadomo bowiem, że nieszczęsny Antoni wdał się w przemyt narkotyków, a co za tym idzie sam narkomanem został. Nic dziwnego, że skończył marnie. Ale wiele wskazuje na to, że rozwinięta przez niego działalność przestępcza trwa nadal. Jakieś kanały przerzutowe działają, jakiś Ibrahim dalej knuje, a druga nitka sprawy wiedzie do Anglii, do niejakiego – Croffta. Coś trzeba z tym wszystkim zrobić. Tym bardziej, że mamy jeszcze trupa kobiety, która przedawkowała, a była jakoś ze sprawą związana. Powieść jest niestety chaotyczna niczym koszmar senny. Wątki poboczne pojawiają się i nagle znikają. Autor gmatwa tropy i większą wagę przywiązuje do narracji piewszoosobowej, spalającej się w długich monologach wewnętrznych, niż elementarnej logiki wydarzeń. Nie mniej „Ślady” czyta się. Już to z uwagi na niespotykaną w milicyjniaku dawkę egzotyki (Ukhadira, Babilon, Kerbala, Bagdad) i przygody (rajd Tirów przez pustynię, śmierć kierowcy w wyniku wybuchu bomby, aresztowanie naszej delegacji w podejrzanym zaułku, atmosfera ciągłego niepokoju).
Szkoda, że Szczawiński w budowaniu pełnej przygody męskiej fabuły nie jest konsekwentny. Bo wprowadziwszy już nas w atmosferę pustynnego rajdu tirami, gdzie w każdej chwili może dojść do starć np. z Kurdami, chłodzi pustynną temperaturę napięcia: „To był wentyl – O kurza twarz. Marian zaklął najłagodniej jak potrafił. To z uwagi na kolegę. Klemens w zasadzie nie klął, a jeśli to wybierał, bardziej oryginalne sformułowania niż jego koledzy po fachu.” No jasne, mógł równie dobrze powiedzieć: jak bonie dydy. Efekt byłby ten sam Napięcie uciekło jak powietrze z przedziurawionej opony.
Jaki był prawdziwy cel delegacji? „Oprócz przyszłych fabryk domów interesowały nas cegielnie. Wokół Bagdadu, głównie zaś wzdłuż szosy prowadzącej na północ, widziałem dziesiątki małych cegielni o dziwacznych kształtach, z niemiłosiernie kopcącymi kominami. (..) Należało zastanowić się nad możliwością zaprojektowania kombinatu cegielnianego. (..) Instytut mój zamierzał zaproponować Irakowi budowę kombinatu materiałów budowlanych i fabryki domów”.
Nasz bohater wraz z irackimi przyjaciółmi ogląda pomnik Abu Nuwasa – „birbanta, miłośnika różnorodnych uciech , a zarazem wielkiego poety”. Tu warto przytoczyć, że Abu Nuwas żył na przełomie VIII i IX wieku. Był mistrzem poezji bachicznej i erotycznej. To jeszcze nic. Nasza delegacja na spotkaniu z szejkiem zostaje obdarowana oprawnym w skórę tomikiem wierszy poetów polskich w tłumaczeniu na arabski. Nasi ludzie chcą się odwdzięczyć i postanawiają zdobyć w rewanżu „Bajki z tysiąca i jednej nocy” z ilustracjami polskiego artysty. Niestety nie poznajemy jego nazwiska. I to właśnie ta literacka pasja doprowadza delegatów budowlanych w zasadzkę. Robi się na tyle gorąco, że nie wiadomo już gdzie cement, a gdzie literatura.
Wątki literackie są zastanawiającym elementem książki. Żeby zrozumieć dlaczego się tu pojawiły trzeba sięgnąć bo informacji o samym autorze. Otóż Józef Szczawiński był najpierw poetą, na drugim miejscu redaktorem i publicysta w rozmaitych gazetach, a dopiero w dalszej kolejności autorem powieści milicyjnych, których popełnił dwie. Poza omawianą także „Trzeci kolczyk” (pisałem o niej kiedyś), również zresztą w serii Labirynt. Słownik biobibliograficzny (2003) wylicza 11 publikacji Józefa Szczawińskiego (ur. 1924), z czego aż 6 to tomiki poezji, np., „Chwila”, „Pogoda” „Witraże”. Wypada zatem sądzić, że na pole powieści milicyjnej trafił autor raczej wiedziony chęcią doraźnego zysku. Przy okazji jednak postanowił oddać powieści milicyjnej, to co jej należne. Starał się wzbogacić gatunek o własny wkład, nadając kryminałowi wyraźny sznyt powieści przygodowej oraz powołując się tu i ówdzie na literaturę wysoką, za której reprezentanta zapewne sam się uważa. Ta druga koncepcja nie bardzo jednak tu pasuje. Wygląda raczej, jak określiłby to Raymond Chandler, niczym różowy kibel na trawniku. Słowem zbyt jaskrawy kontrast. No chyba, żebyśmy potraktowali utwór Szczawińskiego jak utwór postmodernistyczny. Wtedy moglibyśmy się zgodzić na wrzucenie tu dowolnego wątku, poetyki, detalu treściowego. Nawet różowego kibla.
Nie mniej, mimo zastrzeżeń, książkę zdecydowanie polecam, jako kaskaderską próbę odświeżenia skostniałych reguł milicyjniaka.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na akcenty alkoholowe: „znalazł się godnie i wyciągnął  zza pazuchy butelkę eksportowej żubrówki”. Zresztą zamiłowanie do butelek o płaskim kształcie jest w „Śladach na pustyni powszechne”, bo oto : „Muhamed bez słowa przyjął od Klemensa płaską butelkę śliwowicy”. Tak więc Polacy rozdają w Iraku alkohol gdzie się da, godnie promując ojczyznę Być może płaskie butelki są dogodniejsze w transporcie na bardzo odległych trasach. Osobiście trudno mi się do tego odnieść, gdyż najdalej byłem a Albanii, gdzie można dotrzeć w ciągu dwóch dni. Muszę zapytać Klubowicza Duńskiego, który objechał już pół świata i były to nierzadko wyprawy kilkumiesięczne. Zapewne musiał w tym czasie spotykać płaskie butelki z różnymi alkoholami.